Sloterdijka Gorliwość Boga

Sloterdijk_gorliwosc_bogaSloterdijk Peter, Gorliwość Boga. O walce trzech monoteizmów, wyd. Aletheia, 2013; przeł. Bogdan Baran,

Od pierwszych swoich publikacji (w zasadzie chodzi o drugą książkę, bo wcześniejszych artykułów na ten temat przywoływać wstyd) zwalczam bałamutną tezę, że wszystkie religie są równe. Teza ta wynika wyłącznie z lęku przed narażeniem się ludziom różnych religii oraz ze świadomości, że nauka jest równie niekompetentna w ocenianiu treści wierzeń religijnych pod kątem ich prawdziwości (rzeczywistości nadprzyrodzonej nie można zbadać narzędziami przeznaczonymi do badania rzeczywistości przyrodzonej, na tym wszak polega różnica między nimi). Religie same jednak, choć zajmują się rzeczywistością nadprzyrodzoną przynależą do tego świata i w tym świecie działają, zostawiając swe wzniosłe lub krwawe ślady. Można więc na gruncie socjologii oceniać ich wpływ na społeczeństwa i jednostki ludzkie (naturalnie po, jak podkreślał Weber, określeniu kryteriów tej oceny).  Dlatego też książkę Gorliwość Boga. O walce trzech monoteizmów  niemieckiego filozofa Petera Sloterdijka czytałem z wielką przyjemnością. Pozwala on bowiem pójść krok dalej poza prostym “po owocach poznaje się drzewo”, dowodzi mianowicie, że pewne istotne społecznie właściwości religii wynikają już z podstawowej logiki, na której oparta jest ich dogmatyka, a zatem: "pokaż mi korzenie, a powiem ci, jakie będą owoce". 

Autor jest filozofem i teoretykiem kultury. Pozostaje pod wyraźnym wpływem Nietzschego, choć moim zdaniem nie osiąga (przynajmniej w tej książce) głębi i „gęstości” myśli swego mistrza. Ot, Nietszche dla współczesnego czytelnika (nie jest to komplement).

Wykład stanowiący zawartość tej książki wygłoszony został w związku z otwarciem galerii Artneuland W Berlinie (20 listopada 2006), mającej wspierać świecki trialog Arabów, Izraelitów i Europejczyków.

Zaiste, jeśli wśród słuchaczy zdarzył się ktoś, kto miał na myśli jakiś inny niż świecki dialog, a zwłaszcza lansowany od ostatniego soboru „dialog międzyreligijny”, nietęgą musiał mieć minę. Na pewno udało się autorowi zjednoczyć reprezentantów trzech religii monoteistycznych w solidarnej nienawiści do niego.

Różnego rodzaju obrońcy chrześcijaństwa w pierwszych zdaniach podnoszą, iż obecnie bardzo modne jest krytykować tę formę monoteizmu, gdyż nic za to nie grozi, a nawet działalność taka może przysporzyć popularności, ale niechby kto spróbował krytykować islam, albo judaizm – tak, to byłaby dopiero odwaga cywilna. Z tego punktu widzenia odwagi cywilnej autorowi odmówić nie można, zarzutami dość sprawiedliwie obdziela wszystkie trzy religie, a nawet – i to już rzadkość zupełna – także czwartą formę monoteizmu, o czym niżej.

Nie nawykłem do czytania filozofii współczesnej, więc skłonny jestem winę za fakt, że niektóre fragmenty brzmią dla mnie jak postmodernistyczny bełkot, brać na siebie i swoje niedouczenie. Przede wszystkim dlatego, że zasadniczo ciąg rozumowania jest systematyczny i klarowny. Większych błędów faktograficznych nie stwierdzono, upodobanie autora do abstrakcyjnych schematów kombinatorycznych (zwłaszcza dość jałowy rozdział III czy IV) można wybaczyć. Zasadniczy cel książki, czyli uchwycenie konsekwencji przyjęcia monoteistycznego światopoglądu, wydaje mi się osiągnięty przez autora w sposób przekonujący.

Cenne jest podważenie wielu zdroworozsądkowych przesądów teologicznych, jak na przykład tego, zgodnie z którym judaizm, chrześcijaństwo i islam czciły w istocie tego samego Boga. Autor po imieniu nazywa dość swobodny stosunek religii monoteistycznych do swoich poprzedników pisząc np.

„Zaistniała wtedy potrzeba wprowadzenia jakiegoś poczciwego ojca, który choć trochę pasowałby do tego zdumiewającego syna. Chrześcijańska modyfikacja Boga miała oczywiście bardzo niewiele wspólnego z Jahwe z pism żydowskich” (37).

Podobne zawłaszczenie wcześniejszej tradycji dokonało się na polu obrzędu. Sloterdijk pisze:

Największe jednak zwycięstwo nowa religia odniosła na polu obrzędu. Dokonała tego dzięki przemianie żydowskiego święta Paschy w chrześcijańską komunię – pirackie działanie, które trzeba pojmować jako najbardziej brzemienny w skutki historyczny przykład ‘refunkcjonalizacji’ w sensie twórcy teatralnego Brechta (51)

chrześcijaństwo weszło w posiadanie jednoznacznego obrzędu maksymalnego stresu (51)

Inspirujące wydaje się powiązanie monoteizmów z pustynią, jako środowiskiem wrogim i opozycyjnym miastu – tradycyjnemu królestwu politeizmów. O islamie: "Bóg jest przedłużonym do nieba nomadą, który wspomina swoje wydmy” (67). Może dlatego Europa, gdy jej dać monoteizm, jak chrześcijaństwo, “popsuje” go, tak,  że stał się częściowo politeistycznym w gruncie rzeczy przedsoborowym rzymskim katolicyzmem z zastępem świętych, kręgami aniołów i symetrycznie diabłów. Może jedną z przyczyn stopniowego upadku Kościoła w Europie jest jego powrót do Jerozolimskiej cywilizacji pustyni (dehellenizacja)?  Ciekawe, czy taka sztuczka (repoliteizacja monoteizmu) mogła by się udać z islamem… 

Dla każdego prawdziwego zeloty jest oczywiste, że ludzie na początku, jeśli im nie przeszkodzić to i przez resztę życia mogą być tylko poganami – anima naturaliter pagana. Potrafią doprowadzić tylko do wspaniałych występków, jeśli nie zderzą się z “prawdziwym Bogiem” i jego niewygodnymi posłańcami. Dlatego nie można zostawić ich w spokoju i należy gdzie się da zwalczać ich nawyki. Ponieważ zaś przedmonoteistyczne nawyki są zawsze jakoś złymi nawykami, na porządku dziennym po monoteistycznej cenzurze stoi reedukacja rodzaju ludzkiego. Obowiązuje sentencja “Bowiem karci Pan, kogo miłuje” (Prz 3,12 i Hbr 12,6). Jeszcze Hegel nazywa to “wyższym stanowiskiem”, że “człowiek jest z natury zły – jest on zły dlatego, że jest czymś naturalnym”. Bez zagrożenia karą ze strony prawa, w innych kontekstach zwanego “porządkiem symbolicznym”, człowiek nie stanie się, w przekonaniu jego monoteistycznych gnębicieli, takim, jakim powinien się stać. Prekursorskie powiedzenie Robespierre’a “kto drży, jest winien” płynie jeszcze całkowicie z ducha tej wzniosłej pedagogiki”. (187)

Autor stara się – tam gdzie to możliwe – wystrzegać taniego psychologizmu i wskazywać, że u źródeł różnych właściwości omawianych religii tkwią przyjęte rozwiązania logiczne. Chwilami jednak sięga do Nietzscheańskiego pojęcia resentymentu, jak gdy omawia przyczyny przekształcenia się chrześcijaństwa z religii miłości w religię lęku.

“Gorliwa bojowość wczesnych chrześcijan już wcześnie i gwałtownie zderza się z faktem, że garstka wiernych w nieunikniony sposób stoi wobec przeważającej większości ludzi, dla których wiara nowego wyznania nic nie znaczy. Gorliwi mszczą się za to, gdy wierzących inaczej określają mianem niewiernych (…). Dlatego od pierwszych dni wieść o zbawieniu otacza się eskortą gróźb, które nieprzekonanym stawiają przed oczy rzeczy najgorsze (…) Już więc w pismach apostoła narodów [1Kor13,1; 2Tes1,8-9] głosi się miłość, która w razie nieodwzajemnienia przeradza się w żądną eksterminacji złośliwą satysfakcję” (86)

Szczególnie posępną postacią w historii chrześcijaństwa jest w ujęciu Sloterdijka Augustyn, wynalazca metafizyki predestynacji, która "jawi się jako najbardziej bezdenny system straszenia, jaki znają dzieje religii” (88). W konsekwencji

Ponieważ metafizyczna groza nieuchronnie przekłada się na psychiczną, a ostatecznie także na fizyczną, Augustiańska bezlitosna teoria łaski sprawiła, że bilans okrucieństwa dla świata schrystianizowanego przez Ewangelię wypadł wyższy, zamiast sie obniżyć. W tym sensie krytycy chrześcijaństwa trafiają we wrażliwy punkt, gdy twierdzą, że często samo wzniecało ono zło, od którego potem obiecywało uwolnić (91)

Do sumy owych okrucieństw autor nie dolicza jednak krucjat, które jego zdaniem były uprawnionym ruchem obronnym przed ekspansją militarystycznego islamu.

Warto na koniec dodać, że podtytuł książki jest mylący. W istocie jest w niej bowiem mowa o czterech, a nie trzech monoteizmach. Tym czwartym jest świecki "monoteizm człowieka", który wprawdzie przedstawia siebie w opozycji do jakichkolwiek religii, to jednak dzieli z niektórymi z nich, właśnie monoteistycznymi, szereg najbardziej posępnych właściwości. Analizowanie jakobinizmu czy komunizmu jako religii nie jest niczym nowym, starczy odpowiednio rozszerzyć definicję religii by objąć nią dowolne ruchy zbiorowe (definicja Durkheima nadaje się do tego doskonale), jednak dla Sloterdijka przyczyną, dla których ideologie te mają na sumieniu blisko sto milionów ofiar nie jest to, że przypominały one religie. Przypominały one religie, gdyż opierały się na tej samej monoteistycznej logice, która generuje gorliwość, fanatyzm, absolutyzm moralny.

Nie bez powodu przedstawiciele protestantyzmu i katolicyzmu spierają się teraz o tantiemy od praw człowieka. Najdobitniej rysują się ciągłości, gdy przyjrzeć się przejęciu monoteistycznych modeli chrześcijańskiego typu przez zwolenników świeckiej nowoczesności. Dotyczy to zwłaszcza jakobińskiego fanatyzmu Kościoła ludzkości. Także bojowość leninowskich zawodowych rewolucjonistów, a nawet furia czerwonogwardzistów w Chinach Mao Zedonga zawierają elementy kontynuacji chrześcijańskiego uniwersalizmu niechrześcijańskimi środkami. Można je w pełni pojąć tylko jako zdziczałe naśladownictwo apostolskiego modus vivendi. Jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, także chińscy studenci, którzy upokarzali swoich profesorów, chłostali ich i mordowali, uważali się za działających w roli ambasadorów dobra i emisariuszy ogółu. Gdyby było inaczej, nie uległaby maoistycznej kolektywistycznej psychozie część zachodnioeuropejskiej inteligencji lat 60. i 70. XX wieku – nadal jeszcze jeden z najmroczniejszych rozdziałów nowej historii ducha. Przedstawiciele tych kręgów usłyszeli w chińskich ekscesach melodię hymnu wyzwolonego egalitaryzmu, która w Europie rozbrzmiała po raz pierwszy w okresie terroru jakobińskiego i którą potem śpiewano do najróżniejszych tekstów” (97).

Monoteizm oświecony także ma swoje dogmaty: 

“nadał dogmatyczną moc niektórym uniwersalistycznym artykułom wiary. Należały do nich obowiązująca a priori jedność gatunku, niezbywalność państwa prawa, powołanie człowieka do panowania nad przyrodą, solidarność z poszkodowanymi przez los i wykluczenie doboru naturalnego wśród Homo sapiens. “Oświecenie” jest tylko popularną nazwą nieustającego literackiego soboru, podczas którego artykuły te są dyskutowane, uchwalane i bronione przed heretykami” (189)

Strukturę owej monoteistycznej logiki omawia Sloterdijk obszernie w rozdziale piątym, ukazującym także inne niż czysto teologiczna formy absolutyzmu, prowadzące do "Boga filozofów",  rozumianego odpowiednio jako najwyższy byt lub najwyższy intelekt.

Ale jedno, czy dwuwartościowa logika monoteistyczna, skazująca wszystkich na wybór typu albo-albo, okazuje się być nie do zniesienia.  Również dla samych monoteizmów, które wymyślają w rezultacie kategorie łagodzące napięcie (jak katolicki czyściec między niebem a piekłem czy muzułmańska dimmi). Logika trójwartościowa jednak, to połowiczne rozwiązanie, stąd powrót do wielowartościowości, jakim był włoski Renesans sięgający w nauce i sztuce do dziedzictwa politeistycznych Greków i Rzymian. Renesans, jak wiadomo,  nie sięgnął jednak do faktycznego korzenia jakim dla każdej cywilizacji jest religia. Autorowi także pomysł wznowienia kultu dawnych bogów jawi się jako nierealny (czyżby był przekonany, że ludzie, społeczeństwa zachodnie nie potrzebują religii? ). Zamiast tego proponuje nowy Renesans sięgający jeszcze dalej w przeszłość, do kultury, gdzie nieubłagany konflikt między monoteizmem a politeizmem ujawnił się po raz pierwszy: do Egiptu. Na czym jednak miałby polegać? To chyba materiał na inną książkę.

 

 

 

(569)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Dlaczego nie Runciman

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 11 lutego 2013
Comments: No Comments
Tags: , ,
Categories: Notatki z lektur, Syntetyczna teoria ewolucji

runcimanSzczególnie istotnym socjologiem, z którego koncepcją musiałem się zmierzyć jest  W. G. Runciman. Polemice z jego podejściem poświęciłem tekst w księdze pamiętkowej poświęconej Recenzentowi mojego doktoratu, prof. Kazimierzowi Z. Sowie, Darwinizm a socjologia,  a jeszcze obszerniejszą analizę zawiera będący już w druku tekst Teoria ewolucji kulturowej i społecznej Waltera G. Runicmana. Autor jest zasadniczo u nas chyba nieznany (sam musiałem mu założyć zalążkową stronę na wikipedii), a jest o tyle interesujący, że reprezentuje zupełnie odmienne podejście do ewolucji socjokulturowej (może być określone mianem socjologii selekcjonistycznej) niż klasyczny ewolucjonizm w socjologii i antropologii, a także niż neoewolucjonizm.

Jego teoria jest próbą zbudowania systemu socjologicznego od nowa, przy zdecydowanym odrzuceniu teorii ewolucji Marksa, Hegla, Spencera czy Durkheima. Zamiast nich do grona klasyków socjologii wprowadza Runciman Darwina. Naturalnie uważam to podejście za błędne: darwinizm odniósł w biologii sukces nie dlatego, że obalił wszystko, co było przed nim, ale włączając wszystko w nowe ramy.

Runciman opiera się na neodarwinizmie, a ściślej – genetyce populacyjnej (w stylu Dawkinsa), czyli uprawia zasadniczo memetykę socjologiczną – w sferze analizy kultury. Buduje też dyscyplinę analogiczną do analizy sfery społecznej, tutaj zaś jednostką dziedziczenia (odpowiednikiem genu w biologii i memeu w kulturze) ma być praktyka.

Bardzo interesująca jest polemika między Runcimanem a dwoma badaczami: Josephem Fraccią i Richardem Lewontinem. W oparciu zarzuty tych ostatnich sformułowałem listę ośmiu postulatów, jakie winna spełniać darwinizująca socjologia (a było to jeszcze zanim mój własny pomysł syntezy się skrystalizował).Pozwolę sobie zacytować fragment (pominąłem przypisy):

  1. Teoria ewolucji nie może ograniczać się tylko do poziomu makro. „Dla  darwinizmu nie tylko całe organiczne życie jako całość, ale każdy gatunek, każda populacja w każdym gatunku ewoluuje”  (Fracchia,  Lewontin). Zarzut ten trafia w takie teorie ewolucji, jak G. Lenskiego czy J. Turnera.
  2. Teoria ewolucji nie powinna poszukiwać jednego, uniwersalnego prawa, które miałoby wyjaśnić wszystkie partykularne fenomeny ani też budować jedynie ogólnych schematów ewolucyjnych, ale musi zawierać koncepcje mechanizmów. Zarzut ten jest wymierzony głównie w ewolucjonizm antropologiczny od Tylora po Leslie White'a. Przeciwko Runcimanowi Fracchia i Lewontin kładą zaś nacisk, by nie redukować wszystkich mechanizmów ewolucyjnych do konkurencyjnego doboru.
  3. Ewolucjonistyczna socjologia winna traktować społeczeństwo jak społeczeństwo, a nie jak populację. Oznacza to uwzględnienie: a) jego systemowego charakteru, b) jego wewnętrznych podziałów na klasy, grupy, kręgi, etc., c) konfliktów w jego ramach. Nie wolno zatem „rozkawałkować” zjawisk politycznych, ekonomicznych i in. ani redukować społeczeństwa do najmniejszych jednostek selekcji. Zarzut ten wyjątkowo trafnie godzi w praktykę teoretyczną Runcimana.
  4. Podobnie powinna ona traktować kulturę jak kulturę, a nie jak pulę jednostek informacji, sumy memów. Takie traktowanie jest błędem typowym dla memetyków  i badaczy DIT. Teoria kultury musi uwzględniać fundamentalną myśl de Saussure'a, że znaczenie każdego terminu jest określane przez jego relacje w ramach systemu.
  5. Kultura i społeczeństwo wymaga podejścia historycznego, a zwłaszcza uwzględnienia zależności od własnej historii. Historia ta jest zaś czymś więcej niż sumą warunków wstępnych, gdyż to w niej ustanawiają się relacje między społecznymi czy kulturowymi elementami, a zatem ich znaczenie.
  6. Darwinizująca socjologia musi zdać sprawę z rzeczywistych procesów dziedziczenia kulturowego, które nie jest po prostu „transmisją z mózgu do mózgu”, jak to ujmują memetycy, ale złożonym procesem nabywania polegającym na zanurzeniu w otoczeniu kulturowym.
  7. Teoria taka powinna zawierać koncepcje społecznych i kulturowych czynników selekcji, bez których trudno mówić o zjawisku doboru w tych sferach. A zatem, wbrew memetykom, nie powinna traktować memów jako jednostek czysto autonomicznych – niektóre adekwatne rozwiązania problemów są odrzucane tylko dlatego, że nie znajdują sił zdolnych je przeforsować, znajdują się natomiast siły im przeciwne.
  8. Teoria taka powinna zawierać odpowiedź na pytanie o źródła zmienności kulturowej i społecznej, a także koncepcję kulturowej i społecznej mutacji i rekombinacji. Powinna w tym zdać sprawę z procesów a) twórczości indywidualnej i społecznej stanowiących nieolosowe odpowiedzi na problemy kultury, a także uwzględnić rolę czynnika, jakim są b) „swoiste siły osobowościowe, które mogą fundamentalnie wpływać na kierunek zmian historycznych” (Fracchia,  Lewontin), chodzi o swobodne decyzje wysoko postawionych jednostek czy charyzmatyczny wpływ innych. Teoria taka powinna pozostawić miejsce także na czynniki losowe, takie jak zarazy, kataklizmy itp..

Spoglądając dzisiaj na te kryteria muszę nieskromnnie stwierdzić, że udało mi się je zrealizować w swojej koncepcji. W przyszłości na tym blogu postaram się przedstawić jej główne założenia.

(3722)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Luigi L. Cavalli-Sforza

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 14 lutego 2012
Comments: No Comments
Tags: No Tags
Categories: Notatki z lektur

 

Jestem właśnie po lekturze Genes, Peoples and Languages Luigi L. Cavalli-Sforzy, a w zasadzie jedynego interesującego mnie na dzisiaj jej rozdziałuLC-S, do pozostałych w wolnej chwili wrócę, gdy najdzie mnie ochota zmierzyć się z problemami tego typu.

Nie dziwię się teraz, dlaczego Ina Wunn, odrzuciwszy memetykę właśnie do tego autora sięgnęła przy opisie procesu transmisji kulturowej. Jest to ujęcie na pewno bliższe naukom społecznym niż miażdżąca większość z tego, co pod szyldami memetyki czy socjobiologii napisano.

Poprzestanę tylko na jednym przykładzie. Wszyscy interesujący się memetyką znają doskonale rozróżnienie transferu pionowego i poziomego. Najczęściej sprowadza się pionowy do przekazu z rodzica na dziecko, a poziomy do pozostałych sytuacji. Rozróżnienie to pochodzi właśnie z prac Cavalli-Sforzy, ale co ciekawsze, zostało ono przy okazji znacząco uproszczone. Dla autora bowiem przekaz pionowy to nie tylko przekaz od rodzica (rodzonego), ale też adoptowanego czy też wszelkich osób należących do danej grupy społecznej należących do dawnych pokoleń. Za przykład podaje choćby wpływ św. Augustyna na dzisiejszych katolików czy Arystotelesa na filozofów. Ale nie byłby nim już np. wpływ Augustyna na buddystów czy Arystotelesa na malarzy. Ale i tego rodzaju wpływy są przecież możliwe. Dlatego też rozróżnia poza dwoma wspomnianymi także inne sposoby przekazu: ściśle rzecz biorąc jeszcze dwie formy czyste, ale wliczywszy warianty pośrednie razem mamy sześć typów transmisji.

Mamy więc dodatkowo:

3) przekaz ukośny (pośredni między horyzontalnym a wertykalnym czyli jednostka wprawdzie ze starszego pokolenia, ale nienależąca do danej grupy, nie posiadająca zatem naturalnego tu autorytetu),

4) jednostka->grupa (np. wykładowca ->studenci, albo wódz->plemię),

5) jednostka->grupa->grupy (czyli przekaz w ramach zhierarchizowanych społeczności).

6) grupa -> jednostka. Ten ostatni jest przy tym najważniejszy, gdyż zapewnia największą stabilność przekazu. Zachodzi w trakcie socjalizacji dzieci w rodzinie czy formowaniu rekrutów przyjmowanych do jakiejś grupy społecznej. 

Nie jest to jedyny przykład bardziej socjologicznego, czy po prostu realistycznego podejścia do ewolucji kulturowej, choć i tu socjolog mógłby to i owo zarzucić. Moim zdaniem populacyjne podejście autora wyjątkowo dobrze przystaje do problemu na którym się też skupił: językoznawstwa. W przypadku jednak na przykład idei religijnych może już zawodzić, gdyż przestajemy mieć tu do czynienia z populacją, ale ze zorganizowaną grupą posiadającą określone granice. Uwzględnienia społecznych barier mi właśnie w tych analizach brakuje najbardziej, zwłaszcza wobec słusznego uwzględnienia barier geograficznych.

 

(330)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 2 votes)

Jonathan Turner – Human institutions. A Theory of Societal Evolution

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 1 lipca 2011
Comments: No Comments
Tags: No Tags
Categories: Notatki z lektur

Human institutionsJak zauważył recenzent w Social Forces (dostęp przez bazy UAM) Turnerowi z całą pewnością nie można zarzucić braku ambicji. Podejmuje on próbę uprawiania teorii socjologiczne z rozmachem, na jaki niewielu amerykańskich uczonych odważyło się od czasu Parsonsa. Podchodziłem do lektury tej książki z tym większą nadzieją, że autor przy wielu okazjach wypowiadał się bardzo dobrze o Spencerze (np., że jest to "zapomniany Gigant teorii socjologicznej), a i pobieżny przegląd spisu treści tej, jak i kolejnej jego książki (Theoretical Principles of Sociology, vol1) wskazuje, że Spencer stanowi dla niego jedno z najważniejszych źródeł inspiracji. W wielu miejscach wyraża też bardzo pozytywny stosunek do biologii i w ogóle "twardej nauki", co często dobrze wróży. Jak zauważył  Stanisław Andreski kontakt z dziedzinami, w który blagierstwo jest dużo trudniejsze niż w humanistyce dobrze robi socjologom. Niestety, w przypadku Turnera kontakt ten był chyba dość pobieżny (o tym niżej). Turner sięga do tradycji funkcjonalizmu próbując ją nieco unowocześnić. Zamiast więc mówić o "funkcjonalnych niezbędnikach" woli mówić o siłach, które odpowiadają za pojawienie się instytucji społecznych.Odcina się od wielu innych poszukiwaczy "głównej sprężyny" widzi takich sił działających na poziomie makro pięć, są to: populacja, produkcja, reprodukcja, regulacja i dystrybucja. Według mnie, to niezbyt uzasadniony podział, zwłaszcza rozdzielenie populacji od reprodukcji i dystrybucji od produkcji. Turner trafnie zauważa ważny błąd wiążący się z pojęciem "niezbędników" – taka teoria w zasadzie nie dopuszcza możliwości porażki. Tradycyjny funkcjonalizm nie wyjaśniał też jak ludzie tworzyli instytucje. (czytaj dalej…)

(307)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Łabędzi śpiew memetyki

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 12 czerwca 2011
Comments: No Comments
Tags: , ,
Categories: Notatki z lektur

Po przeczytaniu głównych książek dotyczących memetyki już w zasadzie tylko z obowiązku zabrałem się za lekturę książki Kate Distin The Selfish Meme. A Critical Reassessment

Selfish meme

Książka ta – muszę przyznać – bardzo mnie zaskoczyła. Sam tytuł, nawiązujący do ewangelii memetyki – Samolubnego genu Dawkinsa, zapowiadał wiernopoddańczą egzegezę czy pismo oddanej wyznawczyni. Jako, że w pismach memetyków praca Distin nie jest wymieniane w czołówce, spodziewałem się takiej "gorszej" Susan Blackmore. Pierwsze rozdziały zdawały się potwierdzać takie przypuszczenie. Autorka skrupulatnie rekonstruuje koncepcję Dawkinsa zachowując do niego całą należną atencję. Przejmuje wiele kluczowych jego założeń i terminów opartych na teorii samolubnego replikatora. Jest to więc książka, bez wątpienia, należąca do "ortodoksyjnego" nurtu memetyki. 

W kilku miejscach jednak poważnie ją modyfikuje. Autorka jest filozofką i do rozwikłania kluczowej kwestii memetyki – czym mianowicie jest ów mem, używa narzędzi filozoficznych, a konkretnie – dyskutowanego przez współczesnych filozofów umysłu pojęcia reprezentacji i metareprezentacji.

Książka ta powstała już po konferencji z 1999 roku w Cambridge (materiały opublikowano w Darwinizing culture) i – co było pozytywnym zaskoczeniem – autorka poważnie podeszła do większości zarzutów i gorzkich konstatacji, jakie na ten konferencji padły. Wiele z tych zarzutów udało się jej w sposób przekonujący odeprzeć. Co najbardziej może zaskakujące, autorka dokonała tego nie – jak sugerowano – przez wycofanie się z nazbyt odważnych analogii genetycznych, ale – przeciwnie – analogie te pogłębiając do stopnia, do którego żaden z memetyków się dotąd nie odważył (podejrzewam, że jako biolodzy czuli się za mało kompetentni w sferze kultury, więc na wszelki wypadek woleli nie żałować zastrzeżeń, iż w kulturze to jednak pewnie jest inaczej niż w biologii). Koncepcją niewątpliwie użyteczną dla memetyki jest przeniesienie pojęcia allelu, a zatem otwarcie dyskusji na temat możliwości drugiego mechanizmu powstawania zmienności kulturowej, czyli rekombinacji (dotąd sprowadzano każdą zmianę do mutacji). Autorka postawiła też odważną tezę o istnieniu memetycznego DNA, są nim RS (systemy reprezentacji). W odróżnieniu od biologii, gdzie występuje tylko jeden taki system – właśnie DNA, w kulturze jest ich więcej. Najważniejszym jest język naturalny, ale autorka podaje też cały szereg innych: notacja muzyczna, symbole matematyczne, system kartograficzny, tarcza zegara, i in. (czytaj dalej…)

(355)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Darwinizing Culture

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 1 czerwca 2011
Comments: 12 Comments
Tags: , ,
Categories: Notatki z lektur

Tytułowa książka, (to ta moja pierwsza przeczytana na Kindle) powstała jako rezultat konferencji poświęconej memetyce. Uwaga: nie konferencji memetyków, ale właśnie na temat memetyki. Jej podtytuł "The Status of Memetics as a Science" dobrze oddaje to, co w niej najważniejsze. Redaktorem publikacji (ukazała się w 2000 roku) był Robert Aunger.

Książkę tę powinien przeczytać każdy, kto bądź jest zafascynowany ideą Richarda Dawkinsa, iż kulturą rządzą samolubne memy, bądź też się do tej idei zdążył zrazić. W pierwszym przypadku może doznać czegoś na kształt zimnego prysznicu. Na konferencji bowiem wypowiadali się nie tylko memetycy, ale też życzliwi acz zdecydowani krytycy tej dyscypliny. Naturalnie część ich zarzutów wynika z niezrozumienia, część jednak jest na tyle poważnych, że bez ich przezwyciężenia całe memetyczne przedsięwzięcie skazane być może (a raczej musi) na porażkę.

Z drugiej strony ci, którzy intuicyjnie przeczuwali, że coś z tą memetką "nie w porządku", albo nawet mieli jasne zrozumienie jej wad i braków lub też uważali ją w ogóle za błędną koncepcję, mogą się przekonać, że oprócz Dawkinsa, Daniela Dannetta i Susan Blackmore, którzy powszechnie uchodzą za "ortodoksję", istnieje też "heterodoksja" i, jak często w podobnych wypadkach bywa, jest ona znacznie ciekawsza niż mainstream. W tym wypadku zresztą "heterodoksja" to może złe określenie: po prostu byli i są ludzie, którzy robią to samo inaczej, niezależnie od Dawkinsa i jego memetyki. Co robią? Stosują darwinizm do kultury. Wielu z nich obywa się nawet w ogóle bez pojęcia memu czy analogicznego "replikatora". Niektóre ich pomysły wyglądają bardziej obiecująco niż projekt Dawkinsa. Mam na myśli na przykład pomysł zastosowania algorytmów genetyki populacyjnej do kultury ( Robert Boyd i Peter J. Richerson). Fascynacja komputerowym modelowaniem wydała mi się wprawdzie nieco zabawna (choć to częste w tym środowisku), jednak w przeciwieństwie do swobodnych spekulacji o kulturze Dawkinsa czy Blackmore swoje modele zwykli konfrontować z rzeczywistością uzupełniając je w rezultacie o istotne elementy. Stąd na poziomie wniosków ich rozumienie kultury i jej transmisji sprawia dużo lepsze wrażenie.

"Ortodoksyjna" memtyka zdaje się być na wiele z tych elementów szczególnie impregnowana skupiając się na udowadnianiu, że memy są replikatorami i jak strasznym wirusem umysłu jest religia. Nie dziwi mnie zatem powtarzająca w tekstach się skarga, że po 20 latach istnienia memetyka nie tylko nie ma żadnych konkretnych dokonań. Co gorsza, wydaje się, że nie udało się jej uzgodnić stanowiska w kwestii tak podstawowej, jak to, czym w ogóle jest mem.  (czytaj dalej…)

(858)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Gerhard Lenski

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 28 kwietnia 2011
Comments: No Comments
Tags: No Tags
Categories: Notatki z lektur

Gerharda Lenskiego znałem dotąd jako autora "Religious Factor", książki, w której na podstawie "twardych" statystycznych danych przekonywał, że wyznawana religia jest (wbrew prorokom sekularyzacji) nadal potężnym czynnikiem kształtującym ludzkie wybory. Okazuje się jednak, że jest to jeden z najważniejszych reprezentantów neoewolucjonizmu w socjologii. Zainteresowanych bliżej tę wybitną postacią w amerykańskiej socjologii odsyłam do numeru Sociological Theory z 2004 roku (Vol. 22, No. 2, Jun. Religion, Stratification, and Evolution in Human Societies: Essays in Honor of Gerhard E. Lenski) poświęconego w całości różnym aspektom jego dorobku (czasopismo dostępne jest w bazie JSTOR dostępnej przez konta uniwersyteckie).

Ecological-Evolutionary Theory

Przeczytałem właśnie ostatnią książkę tego autora: Ecological-Evolutionary Theory: Principles and Applications. Trzeba powiedzieć, że była to całkiem przyjemna lektura, zwłaszcza w porównaniu z Parsonsem, którego  Societies. Evolutionary and Comparative Perspectives właśnie męczę.

Lenski "nawrócił się" na ewolucjonizm pod wpływem doświadczenia, jakim było prowadzenie zajęć ze wstępu do socjologii. Sądzę, że wielu słuchaczy jak i prowadzących takie zajęcia mogą podpisać się pod jego opinią, że socjologia jawi się jako nauka "trochę o tym, trochę o tamtym". Brakowało mu dla tych wszystkich treści jednej spójnej ramy teoretycznej. taką ramę stanowić może właśnie ewolucjonizm.

W ostatniej książce prezentuje on założenia teoretyczne, które empiryczne zastosowanie znalazły już w poprzednich jego pracach: Power and Privilege oraz Human Societies: An Introduction to Macrosociology (dodam, że ta ostatnia miała dziesięć wydań)(czytaj dalej…)

(297)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Nowa książka

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 26 lutego 2011
Comments: No Comments
Tags: , ,
Categories: Notatki z lektur

Od niedawna można nabyć w niektórych księgarniach moją nową książkę "Guru – uczniowie – wspólnota". Choć ukazała się z datą 2010, w rzeczywistości powstała już jakiś czas temu – podobnie zresztą było z poprzednią, która "w zasadzie" gotowa była już trzy lata przed wydaniem. Naturalnie nanosiłem stale różne poprawki i uzupełnienia, jednak nie mogłem i nie chciałem zmieniać zasadniczej konstrukcji i paradygmatu teoretycznego w ramach którego się sytuuje. Nie była ona bowiem pisana z perspektywy ewolucjonizmu, który dziś mi jest najbliższy…

Chociaż… nie do końca nie ma z ewolucjonizmem nic wspólnego. Choć słowo "ewolucja" w niej w zasadzie nie występuje, a na pewno nie należy do kluczowych, to jednak w pracy tej podejmuję kluczowe dla ewolucjonistycznego podejścia do religii (tak jak ja je rozumiem) kwestie: specjacji (= [biol.] powstanie nowego gatunku), selekcji, transmisji informacji, i kilka innych. Nie zwróciłem dotąd uwagi, jak dalece darwinowska jest socjologia wiedzy Maxa Schelera, która wyznaczyła najbardziej ogólny szkielet pracy. Sam Scheler się zresztą do powinowactwa z Darwinem nie przyznawał – w Problemach socjologii wiedzy nazwisko to pada raz, i to w jednej z wielu wyliczanek uczonych reprezentujących taki czy inny badany nurt umysłowy.

Tak czy inaczej – dzięki temu "Guru" nie jest jedynie przerywnikiem między Spencerem a obecnie zgłębianą przeze mnie tematyką, ale logicznym punktem wiążącym. Na marginesie dodam jeszcze, że jest to pierwsza moja książka oparta na badaniach empirycznych, co pozwoliło mi zweryfikować kilka klasycznych koncepcji teoretycznych.

Zapraszam do lektury, a także do dzielenia się swymi uwagami w komentarzach poniżej.

(253)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Pascal Boyer, Religion explained

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 10 sierpnia 2010
Comments: No Comments
Tags: ,
Categories: Notatki z lektur

Pascal Boyer, Religion explained. The Evolutionary Origins of Religious Thought, 2001. Wydanie polskie: I człowiek stworzył Bogów… Jak powstała religia, 2005

Pascal Boyer należy do najbardziej znaczących uczonych z nurtu, który na przełomie tysiącleci zaczął stosować teorię ewolucji do wyjaśnienia fenomenu religii. Ewolucjonizm w jego wydaniu to przede wszystkim ewolucyjna teoria umysłu, która przybiera formę psychologii kognitywistycznej.

O ile wyjaśnienie ewolucyjne oznacza wskazanie dwóch kategorii przyczyn: bezpośrednich i ultymatywnych, to książka Boyera skupia się właściwie wyłącznie na tych pierwszych i – co trzeba mocno podkreślić – bynajmniej nie na wszystkich przyczynach bezpośrednich. Interesuje go wyłącznie wymiar psychologiczny – jakie mechanizmy poznawcze odpowiadają za religię, nie zajmuje się tu jednak  wymiarem socjologicznym. W najlepszym wypadku psychologicznym uwarunkowaniem niektórych zjawisk społecznych. A jednak to, czy dane wierzenie wygra w ewolucyjnej rywalizacji, zależy nie tylko, choć również, od tego czy będzie "kompatybilna" ze strukturami mózgowymi.

Ograniczenie się przez autora do tego jednego czynnika selekcyjnego sprawia, że tytuł "Religia wyjaśniona" brzmi nieco zbyt tryumfalistycznie, podobnie jak niektóre wypowiedzi.  Mimo to książkę uważam za bardzo interesującą, podobnie jak samo kognitywistyczne podejście, które pozwala wprowadzić ład w kwestiach, w których dotąd nauka poruszała się nieco po omacku, operując kategoriami instynktu religijnego itp. Nie będę tu referował zawartości książki, gdyż jest ona dostępna w polskim przekładzie. Ograniczę się tylko do kilku uwag. (czytaj dalej…)

(286)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Winna metodologia?

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 22 czerwca 2010
Comments: 1 Comment
Tags: No Tags
Categories: Notatki z lektur

Przypomnijmy fakty:

Kandydat Wynik realny Prognoza wyborcza Prognoza z ostatniego dnia przed ciszą wyborczą
PKW TNSOBOP (TVP) SMG KRC (TVN) Homo Homini(Polsat) PBS DGA (GW)
Komorowski 41.54 41,2 45,7 44,5 51
Kaczyński 36.46 35,8 33,2 34,3 33
Napieralski 13.68 13,5 13 13,5 9
Korwin-Mikke 2.48 3 2,3 1,9  

Rozbieżności na pierwszy rzut oka nie wydają się ogromne (bywały już większe wpadki), gdyby nie to, że w przypadku pierwszych trzech badań chodzi nie o prognozę, tutaj taki błąd można by wybaczyć, a o rejestrację aktualnych zachowań. W przypadku trzeciego z badań, prognozy, błąd jest jednak znacznie większy. Przed ogłoszeniem oficjalnych wyników wyborów narzucała się natrętna myśl, że ogłoszone wyniki są jakoś dziwnie zbieżne z "linią polityczną" medium zamawiającego. Pod tym względem TVP została jednak uniewinniona przez PKW

Zarówno zlecające badania media jak i sami autorzy badań tłumaczą, że zawiniła metodologia. Homo homini na swej stronie nie podaje jakiej metody użyło, więc mogło to być równie dobrze wróżenie z fusów. Metody nie podała też Wyborcza, choć na stronie PBS można się dowiedzieć, że zastosowano sondaż telefoniczny (CATI), ale na jakiej i jak dobranej próbie?. TVN podało, że w ich badaniach posłużono się metodą sondażu telefonicznego na próbie (losowej?) 6000 os.  Możliwe, że jedynie OBOP zastosował exit pool.

Niezależnie od zastosowanej metody, zrzucanie na nią winy jest skandalicznym mydleniem oczu. Wady zastosowanej w badaniach ankiety telefonicznej są znane każdemu studentowi socjologii, a nawet każdemu obserwatorowi życia publicznego, który nie raz miał okazję przekonać się jak się mają ich wyniki do rzeczywistości wyborczej. Jeśli więc nie znali ich kierownicy pracowni badań, to są bandą szarlatanów. Jeśli znali a nie powiadomili o tym zamawiających – są bandą oszustów. Jeśli znali i powiadomili, to zamawiające media nie mają wiele wspólnego z dziennikarską rzetelnością i niezależnością, a sondaże są wyłącznie narzędziem manipulacji. Ale również w tym wypadku z ośrodków "badawczych" nie spada odpowiedzialność . Czy rzetelny rzemieślnik podejmie się zleconego zadania, jeśli wie, że przy pomocy narzędzi, którymi dysponuje nie będzie potrafił go skutecznie wykonać? Co powiemy o lekarzu, do którego przychodzi chory ze złamaną ręką, a on nas leczy maścią? Czy będzie go można nazywać profesjonalistą wówczas, gdy sam chory wyrazi życzenie takiej właśnie terapii?

Zrzuca się czasami winę na wyborców – cechują ich ponoć  zmienność przekonań. Ale to nie dotyczy sondaży z dnia wyborów! Stworzono nawet mit, że część wyborców decyduje na urną. Czy mnie pamięć nie myli, czy jedynym "dowodem" na takie zachowania jest właśnie niezgodność sondaży z rzeczywistością? Dzisiaj mit ten – jak sądzę – został definitywnie odczarowany, ośrodki badały bowiem wyborców właśnie "nad urną".

Twierdzi się, że wyborcy ukrywają swoje preferencje odmawiając rozmowy. Ale gdyby to były rzeczywiście ośrodki badawcze, a nie sprzedawcy wygodnych wyników, to dołożyłyby wszelkich starań, aby poznać powody tego ukrywania, oszacować możliwe zachowania tych wyborców na podstawie choćby dotychczasowych zachowań wyborczych i uwzględnić to w ostatecznej prognozie. A przede wszystkim, sprzedawałyby by telewizjom prognozy, a nie "wyniki". Wygląda na to tymczasem, że ich działalność nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek refleksją socjologiczną, jest to toporne wrzucanie wyników ankiet do komputera i zbijanie dużej kasy na sprzedaży wydruków.

W tłumaczeniach, jakie słyszymy od jednej z sondażowni pojawiają się informacje rzucające nieco światła na sprawę. przypominam, że w badaniach SMG KRC wynik dla J. Kaczyńskiego był niedoszacowany o 3.2%, podczas gdy wynik Komorowskiego był przeszacowany o 4.2%. Po pierwsze nie mogło więc być tak, że po prostu ci, którzy głosowali na Kaczyńskiego deklarowali, że głosują na Komorowskiego. Okazuje się, że po prostu odmawiali odpowiedzi. "Odpowiedzi ankieterom SMG/KRC odmówiło 7 procent badanych, tj. 420 osób. Brak odpowiedzi też był wliczany do badania. Głosy po równo dzielono między kandydata PO i kandydata PiS. – Okazało się, że osoby odmawiające były silnie ukierunkowane, pochodziły z obozu PiS. Można powiedzieć, że nie podzielili się oni z nami, na kogo glosowali – wyjaśnia szef działu badań telefonicznych MB SMG/KRC Wojciech Hołdakowski." (tvn24.pl). Odliczając Komorowskiemu i doliczając Kaczyńskiemu 3.5% wyniki rzeczywiście zbliżone do rzeczywistych (z błędem 0,66 u Komorowskiego i 0,24 u Kaczyńskiego).

Sam zabieg "równego obdzielenia głównych kandydatów" jest rażąco arbitralny. Dlaczego nie doliczyć cząstki do Andrzeja Leppera, którego wyborcy również mieli powody by się nie ujawniać ze swymi preferencjami? Na tej zasadzie któraś pracownia może sobie równie arbitralnie doliczyć wszystkich nierespondentów do dowolnego "głównego kandydata" i uzyskać dowolny wynik. Zabieg ten jest o tyle zaskakujący, że już we wcześniejszych wyborach słyszeliśmy wnioski (i stało się to elementem wiedzy potocznej), że wyborcy PiS częściej odmawiają odpowiedzi. Przede wszystkim jednak, zabieg ten był manipulacją dlatego, że o nim nie poinformowano. Należało uwzględnić tę informację w szacowaniu błędu, tymczasem SMG KRC  "Deklarował margines błędu do 2,8 punktu procentowego."(tvn24.pl)

Chętnie wysłuchałbym tłumaczeń PBS na temat tych 51%:33%, bo to już zakrawa na jawną polityczną manipulację.

Swoją drogą, korci mnie by postawić hipotezę, że ośrodki te nie są bez winy jeśli chodzi o liczbę nierespondentów. W okresie kampanii mieliśmy przecież kilka sondaży tygodniowo. Do tego dochodzą liczne sondaże niepolityczne, komercyjne. Telefonując do respondenta ankieter stawia się w jednym szeregu z dziesiątkami akwizytorów i telemarketerów chcących nas poinformować o "wyjątkowo korzystnej usłudze" jaką ma dla nas taka czy inna sieć telefoniczna czy bank. Część osób po prostu odmawia marnowania ich czasu na rozmowę z obcą im osobą (stąd ryzykowny wydaje mi się pomysł sztabu PiSu stworzenia własnego call-center). Po tym jak raz czy drugi zmarnowałem kilka minut na wysłuchiwanie długiej listy nudnych – przede wszystkim dlatego, że mnie nie dotyczących – a czasami co gorsza, zupełnie głupich pytań (tak! wbrew sloganowi są głupie pytania), wcale się tym nierespondentom nie dziwię.

Co mnie to wszystko obchodzi? Sam jestem wyłącznie niezaangażowanym konsumentem tego typu badań, a jednak zła fama, jaka w coraz większym stopniu przylega do tych pracowni (proszę przejrzeć tytuły dzisiejszej prasy "Blamaż", "Porażka", "Kompromitacja") w pewien sposób dotyka też wszystkich socjologów (choć  tego typu badanie opinii publicznej nie jest socjologią i ma z nią tyle wspólnego,  co rusznikarstwo ze strzelectwem). Oznacza, to, że również niekomercyjne badania naukowe będą musiały w coraz większym stopniu natrafiać na mur niechęci respondentów. Sam SMG/KRC informuje, że "w Polsce coraz liczniejsza jest grupa osób odmawiających odpowiedzi na pytanie ankietera. W dużych miastach dochodzi nawet do 80 proc.!)(DGP) Już przy 10% badanie traci jakąkolwiek reprezentatywność, a w niektórych przypadkach staje się bezwartościowe przy ich znacznie niższym poziomie.

Sondaże wyborcze mają to do siebie, że jako jedyne sondaże polityczne ich trafność jest w krótkim czasie bezwzględnie weryfikowana. Tymczasem co tydzień zalewają nas dziesiątki sondaży, których jakości nikt nie jest w stanie sprawdzić (oprócz ich wzajemnego porównywania)! W jaki sposób są one przeprowadzane, gdy pracownie nie czują presji takiej weryfikacji? Sądzę, że przedwyborczy sondaż PBS daje o tym pojęcie. 

Nie liczę na to, że firmy te zostaną wyeliminowane przez rynek, gdyż w naszej rzeczywistości można spodziewać się, iż długo jeszcze znajdywać się będą media chętne do manipulowania czytelnikami przy pomocy tego typu pseudosondaży, oraz pracownicy firm, którzy będą takie zamawiać jedynie by wykazać się aktywnością przed przełożonymi.

Mimo wszystko można jednak dojrzeć pewne pozytywne strony tej sytuacji: badania sondażowe nie tylko się kompromitują, ale z racji "zużycia materiału" czyli wzrostu liczby nierespondentów stają się po prostu niemożliwe, co może skłoni socjologów do posługiwania się mniej inwazyjnymi metodami, albo wynalezienia nowych. Już teraz jednak osiągnęliśmy pewną dodatkową wiedzę, nie tyle o wyborcach, co z dziedziny metodologii. Pozostaje mieć nadzieję, że choć jej część trafi do zwykłych wyborców.

(274)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
«page 1 of 2

Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube

Welcome , today is środa, 28 czerwca 2017