Nim kanonizują Karola Marksa

Gdy rozpoczynałem pracę na Uniwersytecie (jak ten czas leci, to już 20 lat!) wydawało się, że wymogiem naukowej uczciwości będzie przypominać „Marksa teoretycznego”. Na fali przemian politycznych groziło bowiem zapomnienie wkładu, jaki autor ten do nauki wniósł. Mimo wszystko, w stosunku do wcześniejszych socjologów, w pewnych dziedzinach, był to krok do przodu. Zgadzam się tu z Józefem M. Bocheńskim OP

Marksowska ekonomiczna interpretacja społeczeństwa wydaje mi się jako taka, być dużym postępem w interpretacji zjawisk społecznych. Sformułowana nieco ostrożniej jest z pewnością prawdziwa. Jest bowiem pewne, że myślenie społeczeństwa, a także myślenie pojedynczego człowieka jest w dużej mierze uzależnione od interesów materialnych, od typu życia materialnego. Nie jest być może przyjemne uznać coś takiego, ale tak właśnie jest

Dzisiaj to zagrożenie, jak się wydaje, przeminęło. W Berlinie odsłonięto nowiutki, sprowadzony z Chin pomnik Marksa, a przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker przemawiając w bazylice w Trewirze wygłaszał na jego cześć mowę pochwalną. Jest coraz więcej młodych idealistów, którzy z wypiekami na twarzy zaczytują się w pracach Marksa, wydawane są opracowania, podejmowane próby nowego odczytania i zastosowania do współczesnej rzeczywistości.

Osobiście najbardziej przeraża mnie niefrasobliwość tego wskrzeszania Marksa, oderwanie go od historycznego kontekstu. Sądzę, że nadszedł czas, że trzeba chronić przed zapomnieniem „Marksa praktycznego”. Wszak na praktyce opierała się jego epistemologia.

Dzisiejsi fascynaci marksizmu bardzo szybko przechodzą do porządku dziennego nad pewnym przykrym faktem: wszędzie tam, gdzie usiłowano wprowadzić idee Marksa w życie, kończyło się to niewyobrażalnym terrorem. Oczywiście przypisanie Marksowi winy osobistej za cierpienia i śmierć wszystkich ofiar systemów komunistycznych (szacowaną na 80-100 mln), za gułagi, zniewolenia, represje etc. to może zbytnie uproszczenie, jednak pamięć o tych ofiarach powinna skłonić, zarówno zwolenników jego myśli jak i przeciwników do starannego przemyślenia jego doktryny. Czy jest tak, że myśl Marksa zniekształcono, zmieniono w karykaturę? Czy też każda implementacja marksizmu musi prowadzić do gułagu? Gdzie Marks popełnił ewentualnie błąd?

Niewątpliwie tym, co odróżnia Marksa od innych klasyków socjologii, i o czym trzeba pamiętać, jest to, że nie był uczonym w klasycznym sensie tego słowa, kimś, kto chciał opisać świat, dostarczyć narzędzi jego analizy i wyjaśnienia. Wiemy, z jego biografii, że był działaczem politycznym, aktywistą ruchu komunistycznego, któremu pisał program. System, który stworzył, nie był też do końca po prostu teorią naukową.

Najwyraźniej dostrzegają to religioznawcy: Marksizm z ich perspektywy był systemem quasi religijnej gnozy. Termin gnoza, gnostycyzm, odwołuje się do ruchów z początków chrześcijaństwa, przez Kościół uznanych za heretyckie i faktycznie stanowiących dla niego wówczas potężne zagrożenie. Były to ruchy niezwykle zróżnicowane, jednak miały kilka cech wspólnych: 1) uznawały ten świat za esencjalnie zły, diabelski, podobnie cielesność, materię; 2) winą za stworzenie tego potwornego świata obarczali złego boga, demiurga (w odróżnieniu od dobrego Boga, stwórcy dusz) 3) droga do wyzwolenia duszy uwięzionej w przeklętym ciele było poznanie (gnoza) oraz 4) praktyki wyniszczające ciało (asceza) lub uciszające ciało (rozwiązłość); 5) zmierzało to do przejścia do lepszej, nadprzyrodzonej rzeczywistości. Dokładnie tę samą strukturę miał Marksizm. On również postrzega ten świat za z gruntu zły, widzi w nim głównie relacje wyzysku i przemocy wynikającej ze stosunków własnościowych; odpowiedzialne za to są klasy wyzyskujące, siły systemu, które trzeba obalić; wstępnym krokiem ku temu jest poznanie, wzbudzenie świadomości klasowej u uciskanych. Kto zaznajamiał się z Kapitałem przeżywał doświadczenie typu gnostyckiego, opadnięcie łusek z oczu, postrzegał świat innymi oczyma. Ale świadomość to tylko pierwszy krok, potrzebna jest organizacja i czyn rewolucyjny, poprzez który dokonuje się oczyszczenie świata. Zasadniczą różnicą w stosunku do religijnej gnozy z jednej strony i ruchów apokaliptycznych, jak chrześcijaństwo z drugiej, jest to, że marksizm chce zbawienia na tym świecie (a nie na tamtym, jak gnoza) i ma się ono dokonać rękami samych ludzi (a nie boskimi, jak w apokaliptyce).

Dalszy rozwój ruchu komunistycznego, z traktowaniem dział Marksa i Engelsa a potem też Lenina jako pism świętych, partii jako kasty kapłańskiej, etc.etc., wielu socjologom narzuciło skojarzenie ze swego rodzaju religią czy quasi religią. Nie wykluczone, że sam Marks odczuwał niechęć do takiego traktowania swej koncepcji (odzywał się w nim Marks-naukowiec), powtarzał wszak „nie jestem marksistą”.

Nie zmienia to jednak faktu, że jego teoria była narzędziem zmiany świata, a nie jego opisu. Nie przypadkowo na grobie Marksa wyryto jeden z najgłośniejszych jego aforyzmów, jedenastą z tez o Feuerbachu: „Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”. Zmiana ta nie miała być ewolucyjna. Marks nie był tak naiwny, by sądzić, że większość ludzi da się namówić do realizacji jego postulatów, jak choćby tych wyrażonych dość wcześnie, w zakończeniu 2 rozdziału Manifestu komunistycznego. Zdawał sobie sprawę, że konieczne jest użycie przemocy, o czym zresztą wprost w zakończeniu Manifestu pisał.

Samo legitymizowanie użycia przemocy nie czyni jeszcze z marksizmu jakiegoś szczególnie straszliwego przypadku w dziejach. Nawet Tomasz z Akwinu usprawiedliwiał zbrojny bunt przeciw tyranii. Tym, co jednak marksizm od innych rewolucji odróżnia jest to, że samo zdobycie władzy poprzez zryw rewolucyjny bynajmniej nie kończy przemocy, nie jest nawet jej apogeum. Jest jedynie jej początkiem. W istocie Marks nie tyle chciał zmienić świat, ale zburzyć świat stary, by na jego miejscu zbudować nowy. Władza, dyktatura proletariatu, jakkolwiek zdobyta (bo dopuszczał również drogę demokratyczną, taką jaką poszedł Hitler), miała być jedynie środkiem do zniszczenia świata, w tym, zniesienia władzy.

Ten element destrukcyjny nie jest tylko dodatkiem do naukowego opisu świata, jest perspektywą przenikającą jego teorię. Dostrzeżemy to wyraźniej, gdy porównamy jego wizję świata społecznego z tą, którą wypracował jego obecny sąsiad (z cmentarza High Gate w Londynie) – Herbert Spencer. Dla Spencera punktem wyjścia są konkretne byty społeczne: społeczeństwa, instytucje, organizacje, przedsiębiorstwa, partie, religie, rodziny. Opierają się one na dobrowolnej lub przymusowej kooperacji, dzięki niej istnieją i zaspakajają potrzeby społeczeństwa oraz swych członków. Rywalizacja oczywiście również ma w tej perspektywie swoje miejsce, ale jest to przede wszystkim rywalizacja między narodami, między partiami, między przedsiębiorstwami, między religiami. Oczywiście Spencer zdaje sobie sprawę, z różnic interesów członków tego samego przedsiębiorstwa (vide opis stronniczości klasowej w Study of Sociology) czy nawet członków tej samej rodziny (w Domestical Institutions), ale siły tego wewnętrznego antagonizmu nie mogą przeważyć nad siłami kooperacji, poprzez którą zaspakajane są realne ludzkie potrzeby.

Tymczasem to właśnie ten antagonizm wewnętrzny przeniesiony na poziom makrospołeczny („Historia wszelkiego społeczeństwa dotychczasowego jest historią walk klasowych”, Man.Kom.) jest osią rozważań Marksa.  Dlatego najważniejszą kategorią analizy staje się klasa społeczna, która dzieli przedsiębiorstwa w poprzek i uwypukla sprzeczność interesów miedzy ludźmi przedsiębiorstwo to tworzącymi. Dlatego właśnie tak ważne jest przekształcenie klas-w-sobie, istniejących „tylko teoretycznie”, będących ledwie statystyczną konstrukcją (jakkolwiek opartą na obiektywnych kryteriach), w klasy-dla-siebie, w podmioty zdolne podjąć walkę z innymi klasami. Takie ujęcie nie wynika – moim zdaniem – z tego, że zdaniem Marksa siły antagonizmu wewnętrznego są tak istotne i tak potężne, ale z tego, że chciał on, aby stały się tak istotne i potężne, aby zdolne były rozsadzić istniejący porządek.

Zburzenie starego, kapitalistycznego porządku marksistom się lepiej lub gorzej udawało. Dlaczego jednak nie kończyło ono tyranii? Dlaczego zbudowanie nowego wspaniałego świata grzęzło w krwi milionów na etapie ledwie przejściowego socjalizmu? Pomijam w tym miejscu ekonomiczną niewydolność centralnego sterowania gospodarką, chcę zwrócić uwagę na inny zupełnie wymiar, element teorii Marksa, który – moim zdaniem – jest fundamentalny dla zrozumienia, nie tylko dlaczego wprowadzenie Marksizmu nigdzie się nie powiodło, i dlaczego zawsze prowadziło do tyranii, ale dlaczego nie może się powieść i musi do tyranii prowadzić.

Jak zauważa Leszek Kołakowski element ten rzadko się analizuje, choć stanowi on jedną z najbardziej charakterystycznych cech jego myśli. Jest on – moim zdaniem – niedostrzegany, gdyż najgłębiej zakorzenił się w naukach społecznych, wiele teorii uczyniło z niego swój fundament, stał się czymś oczywistym. Tym elementem jest pewna cecha jego antropologii filozoficznej, jego rozumienia człowieka.

Koncepcję tę zwięźle wyraża szósta z jego tez o Feuerbachu, gdzie powiada

„istota człowieka to nie abstrakcja tkwiąca w poszczególnej jednostce. Jest ona w swojej rzeczywistości całokształtem stosunków społecznych.”

Jak powiada Kołakowski

„Charakterystycznym wynikiem Marksowskiego prometei­zmu jest niechęć do liczenia się z przyrodniczymi warunkami ludzkiego istnienia, faktyczna nieobecność cielesności ludzkiej w Marksowskim obrazie świata. Człowiek jest całkowicie okre­ślony przez swoje istnienie społeczne; granice cielesne jego by­towania są prawie niezauważalne. W marksizmie niemal nie istnieją takie oto okoliczności życia, że ludzie rodzą się i umierają, że są młodzi albo starzy, że są mężczyznami lub kobietami, że są zdrowi lub chorzy, że są genetycznie nierówni i że wszystkie te podziały mogą wywierać wpływ na rozwój społeczny, niezależ­nie od podziałów klasowych, że stawiają granice ludzkim projek­tom doskonalenia swojego świata. Marks nic wierzy w fundamen­talną skończoność i ograniczoność człowieka, nic wierzy w za­sadnicze granice jego twórczości. Zło i cierpienie pojawiają się jako dźwignie przyszłego wyzwolenia, nic mają własnego sensu, nic są koniecznymi składnikami życia, są bez reszty faktami społecznymi.”

„Ta nieobecność ciała i śmierci, nieobecność płci i agresji, nieobecność geografii i rozrodczości, przekształcenie wszystkich tych okoliczności w fakty czysto społeczne jest jednym z najcharakterystyczniejszych i jednym z najmniej rozważanych składników Marksowskiej utopii.”

O ile Durkheim odciął socjologię od biologii w ten sposób, że uznał, iż socjologia po prostu się tym aspektem nie zajmuje, wpływu tego nie uwzględnia. Marksizm idzie dalej: nie tylko eliminuje biologiczną naturę człowieka, ale zastępuje ją własną konstrukcją – społeczną. U Marksa to, co biologiczne podlega uspołecznieniu, i na tym polega jego zdaniem odrębność człowieka od innych zwierząt, jego wolność, że biologia już go nie ogranicza.

Skoro człowiek jest całokształtem stosunków społecznych, to różne jego „brzydkie” cechy, jak egoizm, pragnienie bogacenia się, walka o władzę, są rezultatem tych stosunków społecznych. Zmieniając zatem stosunki społeczne możemy zmieniać samego człowieka, i nie ma tu w zasadzie żadnych poważniejszych ograniczeń. Skoro najważniejsze dla Marksa są stosunki produkcji czy inne relacje zachodzące w sferze gospodarczej, to zmieniając je (np. znosząc własność prywatną środków produkcji, kolektywizując, uniemożliwiając gromadzenie i dziedziczenie bogactwa) zmieniamy wszystkie inne stosunki i ostatecznie samego człowieka. Marksizm jest więc projektem nowej antropogenezy – i w tym „stary Marks” zachowuje ciągłość z „młodym Marksem”.

W świetle rozwoju wiedzy biologicznej o człowieku, który dokonał się od czasów Marksa, wyników badań neurologii, genetyki behawioralnej, psychologii rozwojowej, badań nad życiem społecznym innych gatunków naczelnych, a także innych zwierząt, trzeba powiedzieć jasno: antropologia ta jest gruntownie fałszywa. Biologiczna natura człowieka istnieje, a kultura, jak to trafnie wyraził słynny historyk starożytności, Walter Burkert podąża po śladach biologii.

Czym jest natura ludzka z perspektywy biologii? – niech wolno mi będzie wyrazić się nieco metaforycznie: jest rezultatem bezimiennej, nieludzkiej, nieugiętej, bezwzględnej tyranii, która każde wykroczenie przeciw swym zarządzeniom każe bezwzględnie śmiercią lub kastracją (co z biologicznego punktu widzenia na jedno wychodzi). Niektóre z tych „zarządzeń” są tak stare, jak samo życie („zdobywaj energię z otoczenia i chroń ją” – 3,5 mld lat), z czasem pojawiają się nowe, uszczegóławiające: nie daj się zjeść, szukaj warunków sprzyjających swemu rozwojowi. Trzymaj się stada, współpracuj z osobnikami ze swojego stada, karz bezlitośnie freeriderów. Naśladuj przywódców, szanuj i nagradzaj tych, co bronią stada. etc.etc.

Takie zjawiska jak wojna, hierarchia społeczna, czy religia, miały być dla Marksa rezultatem „nieludzkiego świata”, antagonistycznych stosunków społecznych wynikających z zawłaszczania przez jedną klasę środków produkcji materialnej. A jednak ślady religii znajdujemy już u Neandertalczyków (400 tys.-25 tys. lat). Brutalne wojny okazjonalnie toczą już szympansy, które oddzieliły się od nasze gałęzi filogenetycznej 6 mln lat temu. Aby znaleźć początki hierarchii społecznej trzeba się cofnąć o 600 mln lat, kiedy nasi przodkowie mieli pięć par odnóży i dopiero zaczynali zdobywać ląd porośnięty pierwotnymi paprociami. Już bowiem mózgi krabów, homarów czy raków poprzez analogiczny do naszego mechanizm serotoninowy odczuwają przyjemność z dominacji nad innymi osobnikami.

Innymi słowy, bezwzględna i bezimienna tyrania karząca śmiercią i kastracją, a nagradzająca seksem i żywnością od 600 mln. lat wytworzyła człowieka takiego, jaki jest.

Jeśli zatem komuś, jak Marksowi, marzy się społeczeństwo bez przemocy, wojen, władzy, bez hierarchii społecznej, musi wiedzieć, z czym się mu przychodzi mierzyć: obawiam się, że oznacza to, że musi być gotów do uruchomienia sił równie bezwzględnych i okrutnych jak te przynajmniej 6 mln lat ewolucji, musi być gotów zabijać i kastrować. Kto wie, może po upływie odpowiednio długiego czasu (kilka tysięcy lat to chyba minimum, by zacząć obserwować jakieś rezultaty, jak to pokazuje wyższe IQ Żydów aszkenazyjskich) uda mu się wyhodować ludzi, którzy w takim pacyfistycznym i egalitarnym społeczeństwie będą szczęśliwi.

* * *

Niedawno papież Franciszek napisał na Twitterze:


Pokazuje to, jak dalece antropologia marksowska przeniknęła do myślenia kościelnego. Wystarczy zmienić stosunki społeczne (zakazać broni), aby zniknęły wojny!

Muszę przyznać, że dawne nauczanie Kościoła było bardziej sensowne. Wojnę uznawało za konsekwencję skażenia natury ludzkiej grzechem pierworodnym, w związku z czym zaprowadzenie wiecznego pokoju zostawiało Bogu, bo i też boskiej w istocie mocy potrzeba, by zmienić naturę ludzką. Starało się miast tego skupić na cywilizowaniu tego, co nieuniknione.

To, co napisałem o Marksie, stosuje się do każdej utopii, która abstrahuje od realnych (czyli cielesnych) ludzi i projektuje świat dla aniołów, świętych czy abstrakcyjnych „obywateli”. To się musi źle skończyć.

(21)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Głos Kościoła katolickiego w Polsce w debacie o przyjmowaniu uchodźców – wykład

Poniżej link do mojego wykładu dla Pracowni Pytań Granicznych o stanowisku polskiego Kościoła w debacie nt. przyjmowania uchodźców. 

 

(42)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Kilka uwag o synodzie nt. rodziny

W sobotę wystąpiłem w audycji „Prosto z poznania” (to mój radiowy debiut) na temat ostatniego synodu poświęconego rodzinie. Audycja jest do wysłuchania na stronie rozgłośni radia „Merkury”. W tym miejscu chciałbym kilka rzeczy uporządkować i dopowiedzieć.

Stawiam mianowicie tezę, że synod został od początku pomyślany i zwołany aby rozwiązać kwestię praktyczną: dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do komunii.  Dotychczasowe tradycyjne stanowisko Kościoła opierało się na słowach Jezusa, które faktycznie trudno interpretować inaczej: Mk 10,11-12 i Łk 16,18 „Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”. W późniejszej redakcji Mateusza dodano wprawdzie wyjątek („Ktokolwiek by odprawił żonę swoją, z wyjątkiem przyczyny wszeteczeństwa, i poślubił inną, cudzołoży”), wykorzystywany zresztą przez niektóre denominacje protestanckie jako uzasadnienie rozwodu w przypadku zdrady. Nauczanie Kościoła nie uwzględniło tego wyjątku, więc jest dość jednoznaczne. Jedynie „białe” małżeństwa mogą liczyć na wyrozumiałość (podobnie jak „białe” związki homoseksualne, choć naturalnie nie uznawane za małżeństwa).

Twierdzę, że inicjatorom udało się w pełni osiągnąć zamierzony cel, a to dzięki zastosowaniu klasycznej techniki negocjacyjnej, zwanej przez psychologów społecznych „drzwiami w twarz”. Polega ona na tym, że chcąc od kogoś skąpego pożyczyć 100 zł prosimy go najpierw o 1000 zł i dopiero, kiedy zakłopotany odmawia, przedstawiamy naszą właściwą prośbę. Dlatego też synod (co samo w sobie było dość dziwne) podzielono na dwie sesje (synod nadzwyczajny z 2014 r. i zwyczajny z 2015 r.), by w pierwszej sesji odpowiednio podgrzać atmosferę przez radykalne sformułowania i ich przecieki do mediów. Burza rozpoczęła się zresztą już wcześniej, gdy zaczęły napływać, zwłaszcza z Niemiec, odpowiedzi na przedsynodalną ankietę (najgłośniejsza wybuchła po upublicznieniu sprawozdania niemieckiej Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych w marcu 2014).

Konserwatywnym biskupom strach zajrzał w oczy, już zaczęli sobie wyobrażać nie tylko komunię dla rozwodników ale i „otwarcie na homoseksualistów”, zwłaszcza, że jak pokazały głosowania, zyskiwały one całkiem spore poparcie: kontrowersyjne punkty o dopuszczeniu rozwodników  żyjących w nowych związkach do komunii zyskały 104 głosów za a tylko 74 przeciw (wymagana jest większość 2/3), zaś za dostrzeżeniem wartości w związkach homoseksualnych głosowało aż 118 przeciw 62. Druga sesja toczyła się już w znacznie spokojniejszej atmosferze. Właśnie dlatego, że pierwsza spełniła swoje zadanie: oswoiła ze skrajnymi stanowiskami (no i pozwoliła „policzyć szable”).

Strategia ta spełniła swoje zadanie, bowiem od początku – moim zdaniem – nie chodziło o to, by wprowadzić zmiany w kościelnej doktrynie, ale zmiany w kościelnej praktyce. Jest to strategia stosowana zresztą od dłuższego czasu przez zwolenników reform Kościoła, czego klasycznym przykładem jest tzw. „duch Soboru”. Sobór Watykański II wprowadził pewne istotne otwarcie na kilku kierunkach, weźmy dwa przykłady: w dokumencie Dignitatis humanae uznał, że w innych religiach mogą też znajdować się pewne pozytywne wartości, „ziarna prawdy” (widać tam stopniowanie, od innych Kościołów chrześcijańskich, przez inne religie monoteistyczne aż do „wszystkich ludzi dobrej woli”), tymczasem posoborowa praktyka poszła znacznie dalej, właściwie do zrównania religii. Skoro papież całuje Koran a inni modlą się w meczecie zwróceni w kierunku Mekki, to trudno to inaczej interpretować. Podobnie reforma liturgiczna, która formalnie dopuściła stosowanie języków narodowych w pewnych częściach mszy, w praktyce wyeliminowała łacinę i całkowicie zmieniła dramaturgię tego rytuału: o ile dawniej była to ofiara, którą kapłan składa w imieniu stojących za nim wiernych, to obecnie jest to uczta eucharystyczna, w której wszyscy spotykają się wokół stołu.

Podobnie, jak przewiduję, rzecz będzie się miała z adhortacją, która powstanie po obecnym synodzie (sam synod nie otrzymał uprawnień „decydyzjnych” a ma jedynie głos doradczy, przygotowuje „materiały” dla papieża do napisania adhortacji. Formalnie nic się nie zmienia, jednak dzięki wprowadzeniu niezwykle niejasnych i wieloznacznych sformułowań praktyka zmieni się zasadniczo (przynajniej w niektórych krajach, w Polsce zapewne z kilkunastoletnim opóźnieniem, o ile „coś” się nie wydarzy).

Spodziewam się pojawienia głosów zrzucających winę na „spisek kardynałów”, którzy podstępnie podsunęli papieżowi tak niebezpieczne sformułowania. Moim zdaniem rozumowanie to jest błędne, twierdzę, że za zmianą od początku stał sam papież. Opieram to na następujących przesłankach:

Po pierwsze, to papież wyznaczył do rady synodu przynajmniej kilku radykalnych zwolenników zmiany. Gdyby był przekonany o niezmienności nauczania Kościoła w tym punkcie, to prędzej by ich odesłał na rozmowę do Kongregacji Nauki Wiary niż powierzył ważne funkcje na synodzie.

Po drugie, swymi wypowiedziami „okołosynodalnymi” wyraźnie przygotowywał grunt. Weźmy fragment przemówienia Franciszka na otwarcie synodu (4-5X), a zwłaszcza na przywołane tam cytaty z NT:

„Kościół naucza i broni podstawowych wartości, nie zapominając, że „szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27) ; i że Jezus powiedział także: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17). Pamiętam słowa św. Jana Pawła II: „Błąd i zło trzeba zawsze potępiać i zwalczać; ale człowieka, który upada lub błądzi, trzeba zrozumieć i miłować […] Powinniśmy miłować nasz czas i pomagać człowiekowi naszych czasów”

Na otwarcie pierwszej sesji synodu mówił:

„Odwaga apostolska nie daje się zastraszyć ani w obliczu pokus świata, które usiłują zgasić w sercach ludzi światło prawdy, by zastąpić je małymi, tymczasowymi światełkami, ani też w obliczu zatwardziałości niektórych serc, które pomimo dobrych intencji oddalają ludzi od Boga”.

Ostatni fragment niewątpliwie skierowany był do konserwatystów, dla których szabat jest ważniejszy niż człowiek.

Po trzecie, trzeba uwzględnić jakie są faktyczne poglądy papieża na ten temat. Sam wypowiadał się wyjątkowo powściągliwie i każdy tłumaczył to na swoją modłę. W pewnym momencie kard. Walter Kasper miał jednak twierdzić, że jego (dość radykalnie „reformatorskie” poglądy) mają pełne poparcie papieża. Potem wprawdzie się z tego wycofał, jednak lektura (niestety tylko recenzji S. Cenckiewicza, z samą książką jeszcze się nie zapoznałem) biografii papieża Austena Ivereicha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” każe mi przyjąć, że to za pierwszym razem Kasper mówił prawdę. Biograf zwraca uwagę na to, że już jako arcybiskup Buenos Aires Bergoglio ku zaniepokojeniu Watykanu nie zajął jednoznacznego (ortodoksyjnego) stanowiska w momencie, gdy stanęła kwestia legalizacji związków jednopłciowych w Argentynie. W latach 90. uczestniczył natomiast w poufnych seminariach w Sankt Gallen organizowanych przez radykalnego zwolennika reform kard. Carlo Martiniego w których uczestniczyło wielu „kasperian” z samym Walterem Kasperem na czele (ale też kard. Godfried Danneels, Karl Lehmanem, Murphy-O'Connor, którzy znani są z bardzo liberalnych poglądów m.in. na temat związków homoseksualnych). To ta grupa miała forsować Bergoglia na papieża już na konklawe w 2005 r. Zapewne nadawał się jako kandydat szczególnie dlatego, że nie dał się jeszcze publicznie poznać z radykalnych poglądów.

Dlaczego jednak, mając papieża i przynajmniej arytmetyczną większość nie zmieni się nauczania wprost zamiast uciekać się do tego rodzaju dwuznacznych półśrodków? Sprawa nie jest taka prosta, na przeszkodzie stają nieubłagane „prawa” ewolucji organizacji religijnej (piszę o nich w MER w rozdziale 6). Dotychczasowe nauczanie Kościoła jest względnie spójną całością, rozwijaną przez wieki, opartą na nauczaniu poprzedników i tekstach fundamentalnych. Kościół katolicki, na dziś dzień, wyróżnia się od innych m.in. właśnie tym, że od wieków przyjął taką a nie inną interpretację. Jej nagła zmiana niewątpliwie uderzyłaby w wiarygodność głoszonej doktryny. Mniejsza już o to, co by o tym pomyśleli wierni (o tym niżej), ale kapłani nauczeni i uczący o niezmiennej i „pochodzącej od Zbawiciela” doktrynie o nierozerwalności małżeństwa, dowiedziawszy się, iż nie jest ona tak znowuż niezmienna, mogliby powziąć wątpliwości również, co do innych elementów układanki jaką jest nauczanie Krk.

Każda organizacja religijna musi pilnować własnego systemu dogmatycznego, troszczyć się o jego spójność a zatem o własną tożsamość. Musi jednocześnie tak regulować własne kontakty z otoczeniem społecznym (przede wszystkim własną niszą), aby czerpać z niego wystarczające środki do egzystencji. Te dwa wymogi stoją w istocie za „konserwatystami” i „reformatorami”.

Reformatorzy wychodzą z założenia, że wobec pustoszejących kościołów w Europie wydaje się, że jakaś forma „adaptacji” jest konieczna, aby utrzymać stan posiadania. Konserwatyści obawiają się zatraty własnej tożsamości.

Czy strategia na liberalizację dyscypliny może przynieść zamierzone efekty? Sprawa jest niezwykle trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Przeciwnicy tego kursu wskazują na stopniowy upadek mainstreamowych i liberalnych kościołów protestanckich, które sekularyzacja dotyka znacznie mocniej niż Krk. Wskazują, że najdynamiczniej rozwijają się denominacje najbardziej radykalne, wręcz fundamentalistyczne. To prawda, jednak trzeba zauważyć, że te radykalne Kościoły od początku miały inną strategię przetrwania, opierającą się na intensywności zaangażowania (mówiąc językiem mojej wersji ekologii społecznej: na zwartej i zaangażowanej niszy podtrzymującej w zasadzie pokrywającej się z niszą reprodukcyjną), zbliżają się zatem do socjologicznego typu idealnego „sekty” (Weber). Ich nisza fundamentalna (potencjalni członkowie) jest zatem dużo mniejsza niż uniwersalistycznie nastawione „kościoły” opierające się na szerokich niszach podtrzymujących.

Jakie będą skutki liberalizacji? Trudno to przewidzieć, gdyż kluczowa tutaj jest forma, w jakiej się ta (i zapewne kolejne) reformy dokona. Gdy reformatorzy z entuzjazmem rozkrzyczą swoje zwycięstwo i zaczną praktykować ostentacyjnie (o ile już tego nie robią) „nowe formy duszpasterstwa”, o ile nie doprowadzi to do kolejnej schizmy (jak wspomniane wyżej reformy soborowe doprowadziły do powstania lefebrystów), to można przewidywać utrzymanie a przynajmniej spowolnienie erozji niszy podtrzymującej. Kosztem tego będzie jednak erozja niszy reprodukcyjnej, co przejawi się w dalszym spadku powołań kapłańskich.

Czy jest inne wyjście? W MER zwracam uwagę na inne strategie przetrwania w niezmienionym kształcie. Jedną z nich jest „podążanie za niszą” (277n). Innymi słowy należy się pogodzić z faktem, że Kościół w Europie zamiera, że skazany jest na funkcjonowanie jako bardziej zaangażowana mniejszość religijna. Jednocześnie i dzięki temu (wyrazistszej tożsamości) może rozrastać się i skutecznie konkurować z innymi religiami na innych kontynentach (zwłaszcza w Afryce i Azji, które w niedalekiej przyszłości skupiać będą większość katolików). Wydaje się, że zwolennikiem takiej strategii był poprzedni papież, Benedykt XVI, który jeszcze jako kardynał w swej książce „Sól ziemi” stwierdzał, że trzeba się na taką sytuację przygotować (s. 191).

Powyżej przedstawiłem przesłanki mojego rozumowania. Oczywiście jestem otwarty na ich krytykę (nie jestm watykanistą, a to, co się dzieje w Kościele, obserwuję nieco "jednym okiem").

 

Źródła cytatów:

wypowiedzi papieża

Na otwarcie synodu

Na otwarcie pierwszej sesji

 

Kluczowe paragrafy dokumentu końcowego synodu

Odwołuję się też do recenzji książki Austena Ivereigha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” pióra Sławomira Cenckiewicza

Wypowiedź Waltera Kaspera

Deklaracja niemieckich zakonników i zakonnic

Po synodowa deklaracja Bp Coudray: W sprawie rozwodników drzwi zostały otwarte, będą kolejne decyzje

(58)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 4.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia
page 1 of 1

Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube

Welcome , today is poniedziałek, 21 maja 2018