Czy możliwy jest umiarkowany islam i wojownicza religia miłości?

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 25 lipca 2016
Comments: 3 Comments
Tags: , ,
Categories: Obserwacje, komentarze

Kontynuując rozważania z poprzedniego wpisu postawmy – jako problem socjotechniczny – pytanie: czy da się „wyhodować” umiarkowany islam i jak to zrobić? Nie mam tu na myśli populacji umiarkowanie islamistycznej, takiej, która wprawdzie sama nie dokonuje zamachów terrorystycznych, ale 2/3 z niej nie zadzwoniłoby na policję wiedząc, że ich znajomy taki przygotowuje (jak obecnie w GB). Chodzi o w miarę spójny, kulturowo dziedziczony, społecznie akceptowalny w naszej kulturze islamski system religijny, a nie jego akceptowalne przejawy.

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: da się. Polakom się to swego czasu udało, czego przykładem są Tatarzy. Moim zdaniem, aby taki eksperyment się powiódł muszą być spełnione dwa warunki: ewoluować w kierunku wygaszenia tendencji niezgodnych z normami uznawanymi przez ogół społeczeństwa zacznie izolowana wspólnota muzułmańska w warunkach znaczącej i odczuwalnej przewagi militarno-policyjnej. Gdy każdy akt przemocy z jej strony spotka się z bezwzględną odpowiedzią przemocową (co ważne – obejmującą nie samych sprawców, ale całą współodpowiedzialną wspólnotę), jest szansa, że grupa z takich aktów zrezygnuje (najpierw tymczasowo, wreszcie definitywnie). Gdy będzie miała dodatkowo w tym interes, to proces będzie przebiegał szybciej. Ważne jest jednak, by była to grupa izolowana od wspólnot muzułmańskich żyjących w innych warunkach i mogących rozwijać bardziej dosłowne interpretacje „wersetów miecza”. Wszelki przepływ idei udaremni bowiem wysyłek reformatorskich myślicieli.

Myślę zresztą, że mistyczna reinterpretacja „wersetów miecza” nie musi być najlepszym możliwym rozwiązaniem. Znacznie wartościowsza – z ogólnospołecznego punktu widzenia – byłaby jakaś reinterpretacja pojęcia ummy, wspólnoty muzułmańskiej, tak by rozciągnąć je na całe społeczeństwo, do którego wspólnota muzułmańska należy, by muzułmanin traktował jako jej członka nie tego, kto podziela wspólną z nim wiarę, ale tego, kto przynależy do wspólnoty szerszej, narodowo/państwowej. Wówczas muzułmanie mogliby dla wspólnego dobra wprowadzić do naszej kultury nieco powiewu wojowniczości, przydatnego jak sądzę w tych niespokojnych czasach. Czy na gruncie teologii muzułmańskiej da się coś takiego wypracować? Nie mam pojęcia. Faktem jest, że Tatarzy walczyli w szeregach polskiej armii. Niedawno zresztą prezydent odznaczył jednego z nich. W ten sposób niebezpieczne inklinacje islamu można by ujażmiwszy zaprząc do działań dla wspólnego dobra.

Tak czy inaczej – w Polskich warunkach i w kontekście debaty o przyjmowaniu uchodźców – pomysł, by muzułmańskimi uchodźcami opiekowały się katolickie parafie (swego czasu, jeszcze przed słynnym apelem Franciszka wystąpił z nim abp. Gądecki) jest zupełnym nieporozumieniem. Jeśliby Polska zdecydowała się jednak jakichś przyjąć, to jedyne sensowne rozwiązanie to takie, aby przyjmowały ich (o ile się na to zgodzą) wspólnoty tatarskie i to tylko tylu, ilu nie zagrozi ich spójności. Powinny oczywiście otrzymywać na ten cel środki i wszelką potrzebną pomoc logistyczną.

Wszystko to wymaga jednak przezwyciężenia pewnego przesądu, upowszechnianego zresztą przez Kościół – że wszystkie religie są dobre, że państwo ma obowiązek je chronić i nie ma prawa ich oceniać. Oczywiście państwo nie może oceniać, czy religia jest prawdziwa czy fałszywa. Może jednak oceniać społeczne czy indywidualne skutki jej praktykowania.

Poprzedni wpis zakończyłem wskazaniem też drugiego nieszczęścia naszych czasów – zdziecinniałego chrześcijaństwa, które utraciło już wszelkie zęby, czy nawet tolerancję na sytuację konfliktu. Trudno już nawet o porządną teologiczną dysputę – teraz toczy się dialog. Nawet spadkobierczyni Świętej Inkwizycji – Kongregacja Doktryny Wiary toczy dialog z heretykiem zanim raczy zastosować wobec niego jakieś środki dyscyplinujące. Heretykom się to oczywiście podoba. Dla mnie – stojącego z zewnątrz – jest to tylko kolejny przejaw bezzębności. Ale spójrzmy na ten problem podobnie, jak na poprzedni: czy – hipotetycznie – dałoby się wyhodować chrześcijaństwu jakieś zęby, aby jak za dawnych czasów stawało w obronie, bodaj własnych wyznawców, dostarczało jakichś uzasadnień wojnie bodaj tylko sprawiedliwej, obronnej? Jeśli chodzi o Kościół katolicki – jestem pesymistą. Wynika to z kilku faktów (o innych zresztą pisałem w swojej książce): Kościół jest obecnie za duży, aby móc zmienić kierunek nadany mu przez Jana XXIII, zdecydowana większość biskupów wychowana została w atmosferze „ducha soboru”. Na ostatnim, przypominam, Synodzie ds Rodziny większość głosowała już za dowartościowaniem związków jednopłciowych. Teoretycznie mogłaby się dokonać w ramach Kościoła konserwatywna schizma (sądzę zresztą, że prędzej czy później się dokona). Ale powrót do przeszłości, jaki postulują niektórzy konserwatyści, nie rozwiąże podstawowej trudności, która cały kryzys zrodziła. Czy da się jeszcze – na serio – uzasadniać np. poszczególne sakramenty słowami Jezusa, co do których – w świetle badań historycznych – wiadomo, że nie niosły ze sobą takiego sensu? Kościół na swoje nieszczęście nie podjął rękawicy, jaką rzuciła mu historyczna rewolucja na naukach humanistycznych. Pierwotnie się od niej odciął (wrzucając do worka z „modernizmem”), a ostatecznie uległ. Francuska „nowa teologia” użyła historii by obalić historię, w imię tego, co było „na początku” podważono to, co nastąpiło potem. Z faktu, że doktryna ewoluowała uczyniono oręż przeciw tradycji. Tradycja była wobec tego bezbronna, gdyż – taka jak ci reformatorzy – deifikowała „to, co było na początku”. Czy można było inaczej? Nie orientuję się w teologii na tyle mocno, by dać jednoznaczną odpowiedź, dla ciekawych – polecam przeczytać co o chrześcijaństwie, Jezusie, apostołach i Pawle napisał w swej Filozofii religii Hegel. W skrócie: jego propozycja polega na tym, by potraktować serio obietnicę Jezusa, że Kościół zostanie dopiero oświecony przez Ducha św. Konsekwencją tego byłoby przyznanie, że nie tylko Jezus nie wiedział wszystkiego, że mógł się mylić czy nie objawić wszystkiego, podobnie apostołowie, że dopiero Kościół pod nadprzyrodzonym przewodnictwem mozolnie do prawdy dochodzi. To uczyniłoby Kościół odpornym na wszelkie badania historyków, bo jakie to ma znacznie, co Jezus „naprawdę” powiedział? Liczyłoby się tylko to, co Kościół – swego rodzaju Bóg na ziemi – aktualnie naucza. Ale czy dziś, po tym wszystkim, co się w Kościele dzieje po Janie XXIII, ktoś mógłby na serio twierdzić, że Kościół jest konsekwentnie prowadzony przez Ducha św.? To już pytanie zostawiam samym katolikom. (Nie wiem, co mnie pokusiło, by grzebać w ich działce. Na szczęście, biorąc pod uwagę, że specjalnie życzliwie do chrześcijaństwa nie jestem nastawiony, najpewniej nie posłuchają moich rad wink ).

Inaczej oczywiście wygląda sytuacja w obrębie niemożliwie zróżnicowanego protestantyzmu. Tam wojujących odmian chrześcijaństwa z pewnością nie zabraknie. Zwłaszcza wśród tych, które nie uznają bezwzględnego prymatu hermeneutycznego Nowego Testamentu nad Starym. Niestety, nie gwarantują one że będą bardziej znośne niż salafici.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

(102)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Zabójcza religia pokoju i pacyfistyczna religia wojny

Wczoraj katolicka Wspólnota św. Idziego, przedstawiła program kolejnego spotkania religii w Asyżu, które ma odbyć się w dniach 18-20 września. Kard. Kurt Koch, przewodniczący Papieskiej Rady Popierania Jedności Chrześcijan, podkreślił, że spotkanie to powinno udowodnić, iż „bliźniaczą siostrą religii nie jest przemoc, ale pokój”. Słowo pokój odmieniano przez wiele przypadków i za wszelką cenę starano się go przykleić do słowa "religia". Ostatnio, z zamachem na zamach, jest to coraz trudniejsze. Coraz trudnie obstawać, jak swego czasu (po pierwszych zamachach w Paryżu) kard Jean-Louis Tauran, że nawet jak zamachowiec krzyczy Allahu akbar, to nie oznacza, że ma to jednoznaczny związek religią. Dla tego typu myślenia oczywiście nie ma, bo religia jest siostrą pokoju, a zatem co jest bratem wojny, na pewno nie jest religią. Proste?

Porzucając rozwiązania czysto werbalne: czy zatem islam jest, czy nie jest "religią pokoju". Cały szkopuł w tym, aby najpierw wyjaśnić, co to oznacza "religia pokoju". Weźmy dla porównania chrześcijaństwo. Religie tego rodzaju (jak islam, chrześcijaństwo, buddyzm) mają dwa istotne punkty odniesienia, są to czyny i nauczanie założyciela. Czy celem działalności Jezusa był pokój? Sądząc wedle jego słów – bynajmniej. Wprost stwierdza: "Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz" (Mt:10,34). Sam Jezus, z tego, co podają ewangelie, nikgo nie zabił. Jeszcze. Przypomnijmy, że ostatnia księga Biblii zapowiadająca jego powrót wręcz ocieka krwią. Chrześcijanie czekają więc na wojnę, na ostateczne starcie armii Boga z armią szatana, na pokaranie niewiernych i niesprawiedliwych. To jest, jeśli można tak powiedzieć, odległy cel chrześcijaństwa. Kluczowe są jednak środki. Sam Jezus błogosławił wprowadzających pokój (Mt:5,9), zalecał uczniom wyrzeczenie się przemocy, nadstawianie drugiego policzka, miłowanie swoich wrogów etc. Wygląda to na sprzeczność: celem wojna a środkiem radykalny pacyfizm? Nie wiem, jak to się w głowie samego Nazarejczyka zgadzało, ale niewątpliwie najnowsza historia Europy pokazuje, że nie jest to żaden absurd. Jest to proste odwrócenie starożytnej maksymy "Si vis pacem, para bellum". A zatem – jeśli pragniesz wojny – rozbrój się i głoś, że pokój jest dla ciebie najwyższą wartością (co oznacza, choć zwykle się tego nie dopowiada, przynajmniej w kościelnych kazaniach, że gotów jesteś dla niego wszystko poświęcić, majątek, wolność, nietykalność bliskich, życie). Wystarczy potem czekać. Gwarantuję, że kogoś taka okazja skusi. Nieprzypadkowo najwięcej masowych mordów w USA dokonuje się w gun-free-zones, którymi jako pierwsze stały się szkoły. Nawet przeciwnicy liberalnego prawa do posiadania broni nie są chętni by zamieścić przed swym domem informację, że jest on gun-free, słusznie spodziewając się, że zachęci to do włamania.

Wracają do tematu. Jak to wygląda w przypadku islamu? Islam nie ma na celu wojny lecz pokój. Najlepszy z możliwych, ogólnoświatowy. Ważne jest jednak jak się ten pokój rozumie i jakimi środkami do niego dąży. Pokój w rozumieniu islamu zapanuje wówczas, gdy zniknie sfera Dar al-Harb (dom wojny) a wszędzie rozciągać się będzie Dar al-Islam, czyli gdy wszyscy ludzie podporządkują się prawu Allaha. Co do środków natomiast, to wiadomo, że Muhammada miecz nie palił w rękę, Nie jest również żadną tajemnicą, że nowsze sury Koranu (medyńskie) zawierają sporo "wersetów miecza", w przeciwieństwie do pokojowych sur powstałych w Mekkce. O ile więc Jezusowe wezwania do niestosowania przemocy unieważniły starsze wezwania Mojżesza do wojny, o tyle nowsze wezwania do wojny unieważniają w teologii islamu starsze wezwania do pokoju.

Pytanie zatem nie powinno brzmieć: "dlaczego niektórzy muzułmanie zabijają w imię swej religii?", ale "dlaczego większość tego nie robi?". Znowu pomocne okaże się porównanie z chrześcijaństwem. Jezus doradzał rozdanie swego majątku ubogim, pochwalał tych, którzy dla Królestwa Niebieskiego czynią się eunuchoi, a jednak większość chrześcijan tak nie postępuje. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że religia nie dla wszystkich ludzi jest najważniejszą sprawą w życiu (dotyczy to tak muzułmanów jak chrześcijan). Po drugie zaś dlatego, że religie podlegają ewolucji. Proces ten opisał przekonująco Max Weber w ramach swych rozważań o ucodziennianiu charyzmy. Przesłanie charyzmatycznego proroka zwykle nie liczy się zupełnie z realnymi uwarunkowaniami. "Skoro Bóg mi tak powiedział, to taka jest prawda i koniec". Ale już od momentu śmierci założyciela (czasem wcześniej – jak w buddyzmie, czasem później) jego uczniowie muszą zmierzyć się z rzeczywistością, skonfrontować nauczanie z wymogami życia codziennego. Gdy ma się dzieci, trudno zrezygnować z posiadania jakiejkolwiek własności, płaczący niemowlak nie zrozumie, że "prorok kazał", a wobec jego rozdzierającego płaczu wszelkie zalecanie proroka bledną. Jeśli chodzi o nasz problem, dla chrześcijaństwa kluczowe było zyskanie popularności w armii rzymskiej i w rezultacie jego legalizacja przez Konstantyna oraz upaństwowienie przez jego następców. Gdy religia stała się sprawą politycznie istotną, musiała jakoś pogodzić się z mieczem. W średniowieczu rozwijano zatem różnego rodzaju relatywizacje pierwotnego pacyfizmu Jezusa (zwł. doktryna wojny sprawiedliwej) i ostatecznie, gdy chrześcijaństwo nauczyło się żyć z wojną (nierozłącznym elementem istnienia naszego gatunku) krucjaty stały się możliwe. Podobnie, choć odwrotnie z islamem. Gdy zderzył się z przeważającym oporem europejskich armii musiał pogodzić się z pokojem. Rozwijano wówczas różne reinterpretacje wersetów miecza zgodnie z którymi w dżihadzie chodzi o "walkę wewnętrzną". Z naszego punktu widzenia, był to najlepszy czas islamu, rozkwit kultury i nauki arabskiej.

Mówiąc brutalnie, przekraczając granice dobrego smaku etc. i wykraczając już daleko poza okolice nauki: dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że obie religie na starość zgłupiały. Głupiejący starzec zwykle dziecinnieje – podobnie chrześcijaństwo od czasu Jana XXIII zaczęło wracać do okresu swego dzieciństwa i wielbić pokój niemal na równi ze swoim Bogiem. Wyrzekło się rozsądnych rozwiązań wypracowanych w poprzednich wiekach i zaczęło otwierać wszystkie istniejące oraz wybijać nieistniejące drzwi i okna. Niestety, również w nie do końca swoich domach. Trudno się zatem dziwić, że w islamie z kolei popularność zyskuje wracająca do korzeni szkoła wahabicka. Si vis bellum…

 

 

 

(185)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 1.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Głos Kościoła katolickiego w Polsce w debacie o przyjmowaniu uchodźców – wykład

Poniżej link do mojego wykładu dla Pracowni Pytań Granicznych o stanowisku polskiego Kościoła w debacie nt. przyjmowania uchodźców. 

 

(40)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Sloterdijka Gorliwość Boga

Sloterdijk_gorliwosc_bogaSloterdijk Peter, Gorliwość Boga. O walce trzech monoteizmów, wyd. Aletheia, 2013; przeł. Bogdan Baran,

Od pierwszych swoich publikacji (w zasadzie chodzi o drugą książkę, bo wcześniejszych artykułów na ten temat przywoływać wstyd) zwalczam bałamutną tezę, że wszystkie religie są równe. Teza ta wynika wyłącznie z lęku przed narażeniem się ludziom różnych religii oraz ze świadomości, że nauka jest równie niekompetentna w ocenianiu treści wierzeń religijnych pod kątem ich prawdziwości (rzeczywistości nadprzyrodzonej nie można zbadać narzędziami przeznaczonymi do badania rzeczywistości przyrodzonej, na tym wszak polega różnica między nimi). Religie same jednak, choć zajmują się rzeczywistością nadprzyrodzoną przynależą do tego świata i w tym świecie działają, zostawiając swe wzniosłe lub krwawe ślady. Można więc na gruncie socjologii oceniać ich wpływ na społeczeństwa i jednostki ludzkie (naturalnie po, jak podkreślał Weber, określeniu kryteriów tej oceny).  Dlatego też książkę Gorliwość Boga. O walce trzech monoteizmów  niemieckiego filozofa Petera Sloterdijka czytałem z wielką przyjemnością. Pozwala on bowiem pójść krok dalej poza prostym “po owocach poznaje się drzewo”, dowodzi mianowicie, że pewne istotne społecznie właściwości religii wynikają już z podstawowej logiki, na której oparta jest ich dogmatyka, a zatem: "pokaż mi korzenie, a powiem ci, jakie będą owoce". 

Autor jest filozofem i teoretykiem kultury. Pozostaje pod wyraźnym wpływem Nietzschego, choć moim zdaniem nie osiąga (przynajmniej w tej książce) głębi i „gęstości” myśli swego mistrza. Ot, Nietszche dla współczesnego czytelnika (nie jest to komplement).

Wykład stanowiący zawartość tej książki wygłoszony został w związku z otwarciem galerii Artneuland W Berlinie (20 listopada 2006), mającej wspierać świecki trialog Arabów, Izraelitów i Europejczyków.

Zaiste, jeśli wśród słuchaczy zdarzył się ktoś, kto miał na myśli jakiś inny niż świecki dialog, a zwłaszcza lansowany od ostatniego soboru „dialog międzyreligijny”, nietęgą musiał mieć minę. Na pewno udało się autorowi zjednoczyć reprezentantów trzech religii monoteistycznych w solidarnej nienawiści do niego.

Różnego rodzaju obrońcy chrześcijaństwa w pierwszych zdaniach podnoszą, iż obecnie bardzo modne jest krytykować tę formę monoteizmu, gdyż nic za to nie grozi, a nawet działalność taka może przysporzyć popularności, ale niechby kto spróbował krytykować islam, albo judaizm – tak, to byłaby dopiero odwaga cywilna. Z tego punktu widzenia odwagi cywilnej autorowi odmówić nie można, zarzutami dość sprawiedliwie obdziela wszystkie trzy religie, a nawet – i to już rzadkość zupełna – także czwartą formę monoteizmu, o czym niżej.

Nie nawykłem do czytania filozofii współczesnej, więc skłonny jestem winę za fakt, że niektóre fragmenty brzmią dla mnie jak postmodernistyczny bełkot, brać na siebie i swoje niedouczenie. Przede wszystkim dlatego, że zasadniczo ciąg rozumowania jest systematyczny i klarowny. Większych błędów faktograficznych nie stwierdzono, upodobanie autora do abstrakcyjnych schematów kombinatorycznych (zwłaszcza dość jałowy rozdział III czy IV) można wybaczyć. Zasadniczy cel książki, czyli uchwycenie konsekwencji przyjęcia monoteistycznego światopoglądu, wydaje mi się osiągnięty przez autora w sposób przekonujący.

Cenne jest podważenie wielu zdroworozsądkowych przesądów teologicznych, jak na przykład tego, zgodnie z którym judaizm, chrześcijaństwo i islam czciły w istocie tego samego Boga. Autor po imieniu nazywa dość swobodny stosunek religii monoteistycznych do swoich poprzedników pisząc np.

„Zaistniała wtedy potrzeba wprowadzenia jakiegoś poczciwego ojca, który choć trochę pasowałby do tego zdumiewającego syna. Chrześcijańska modyfikacja Boga miała oczywiście bardzo niewiele wspólnego z Jahwe z pism żydowskich” (37).

Podobne zawłaszczenie wcześniejszej tradycji dokonało się na polu obrzędu. Sloterdijk pisze:

Największe jednak zwycięstwo nowa religia odniosła na polu obrzędu. Dokonała tego dzięki przemianie żydowskiego święta Paschy w chrześcijańską komunię – pirackie działanie, które trzeba pojmować jako najbardziej brzemienny w skutki historyczny przykład ‘refunkcjonalizacji’ w sensie twórcy teatralnego Brechta (51)

chrześcijaństwo weszło w posiadanie jednoznacznego obrzędu maksymalnego stresu (51)

Inspirujące wydaje się powiązanie monoteizmów z pustynią, jako środowiskiem wrogim i opozycyjnym miastu – tradycyjnemu królestwu politeizmów. O islamie: "Bóg jest przedłużonym do nieba nomadą, który wspomina swoje wydmy” (67). Może dlatego Europa, gdy jej dać monoteizm, jak chrześcijaństwo, “popsuje” go, tak,  że stał się częściowo politeistycznym w gruncie rzeczy przedsoborowym rzymskim katolicyzmem z zastępem świętych, kręgami aniołów i symetrycznie diabłów. Może jedną z przyczyn stopniowego upadku Kościoła w Europie jest jego powrót do Jerozolimskiej cywilizacji pustyni (dehellenizacja)?  Ciekawe, czy taka sztuczka (repoliteizacja monoteizmu) mogła by się udać z islamem… 

Dla każdego prawdziwego zeloty jest oczywiste, że ludzie na początku, jeśli im nie przeszkodzić to i przez resztę życia mogą być tylko poganami – anima naturaliter pagana. Potrafią doprowadzić tylko do wspaniałych występków, jeśli nie zderzą się z “prawdziwym Bogiem” i jego niewygodnymi posłańcami. Dlatego nie można zostawić ich w spokoju i należy gdzie się da zwalczać ich nawyki. Ponieważ zaś przedmonoteistyczne nawyki są zawsze jakoś złymi nawykami, na porządku dziennym po monoteistycznej cenzurze stoi reedukacja rodzaju ludzkiego. Obowiązuje sentencja “Bowiem karci Pan, kogo miłuje” (Prz 3,12 i Hbr 12,6). Jeszcze Hegel nazywa to “wyższym stanowiskiem”, że “człowiek jest z natury zły – jest on zły dlatego, że jest czymś naturalnym”. Bez zagrożenia karą ze strony prawa, w innych kontekstach zwanego “porządkiem symbolicznym”, człowiek nie stanie się, w przekonaniu jego monoteistycznych gnębicieli, takim, jakim powinien się stać. Prekursorskie powiedzenie Robespierre’a “kto drży, jest winien” płynie jeszcze całkowicie z ducha tej wzniosłej pedagogiki”. (187)

Autor stara się – tam gdzie to możliwe – wystrzegać taniego psychologizmu i wskazywać, że u źródeł różnych właściwości omawianych religii tkwią przyjęte rozwiązania logiczne. Chwilami jednak sięga do Nietzscheańskiego pojęcia resentymentu, jak gdy omawia przyczyny przekształcenia się chrześcijaństwa z religii miłości w religię lęku.

“Gorliwa bojowość wczesnych chrześcijan już wcześnie i gwałtownie zderza się z faktem, że garstka wiernych w nieunikniony sposób stoi wobec przeważającej większości ludzi, dla których wiara nowego wyznania nic nie znaczy. Gorliwi mszczą się za to, gdy wierzących inaczej określają mianem niewiernych (…). Dlatego od pierwszych dni wieść o zbawieniu otacza się eskortą gróźb, które nieprzekonanym stawiają przed oczy rzeczy najgorsze (…) Już więc w pismach apostoła narodów [1Kor13,1; 2Tes1,8-9] głosi się miłość, która w razie nieodwzajemnienia przeradza się w żądną eksterminacji złośliwą satysfakcję” (86)

Szczególnie posępną postacią w historii chrześcijaństwa jest w ujęciu Sloterdijka Augustyn, wynalazca metafizyki predestynacji, która "jawi się jako najbardziej bezdenny system straszenia, jaki znają dzieje religii” (88). W konsekwencji

Ponieważ metafizyczna groza nieuchronnie przekłada się na psychiczną, a ostatecznie także na fizyczną, Augustiańska bezlitosna teoria łaski sprawiła, że bilans okrucieństwa dla świata schrystianizowanego przez Ewangelię wypadł wyższy, zamiast sie obniżyć. W tym sensie krytycy chrześcijaństwa trafiają we wrażliwy punkt, gdy twierdzą, że często samo wzniecało ono zło, od którego potem obiecywało uwolnić (91)

Do sumy owych okrucieństw autor nie dolicza jednak krucjat, które jego zdaniem były uprawnionym ruchem obronnym przed ekspansją militarystycznego islamu.

Warto na koniec dodać, że podtytuł książki jest mylący. W istocie jest w niej bowiem mowa o czterech, a nie trzech monoteizmach. Tym czwartym jest świecki "monoteizm człowieka", który wprawdzie przedstawia siebie w opozycji do jakichkolwiek religii, to jednak dzieli z niektórymi z nich, właśnie monoteistycznymi, szereg najbardziej posępnych właściwości. Analizowanie jakobinizmu czy komunizmu jako religii nie jest niczym nowym, starczy odpowiednio rozszerzyć definicję religii by objąć nią dowolne ruchy zbiorowe (definicja Durkheima nadaje się do tego doskonale), jednak dla Sloterdijka przyczyną, dla których ideologie te mają na sumieniu blisko sto milionów ofiar nie jest to, że przypominały one religie. Przypominały one religie, gdyż opierały się na tej samej monoteistycznej logice, która generuje gorliwość, fanatyzm, absolutyzm moralny.

Nie bez powodu przedstawiciele protestantyzmu i katolicyzmu spierają się teraz o tantiemy od praw człowieka. Najdobitniej rysują się ciągłości, gdy przyjrzeć się przejęciu monoteistycznych modeli chrześcijańskiego typu przez zwolenników świeckiej nowoczesności. Dotyczy to zwłaszcza jakobińskiego fanatyzmu Kościoła ludzkości. Także bojowość leninowskich zawodowych rewolucjonistów, a nawet furia czerwonogwardzistów w Chinach Mao Zedonga zawierają elementy kontynuacji chrześcijańskiego uniwersalizmu niechrześcijańskimi środkami. Można je w pełni pojąć tylko jako zdziczałe naśladownictwo apostolskiego modus vivendi. Jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, także chińscy studenci, którzy upokarzali swoich profesorów, chłostali ich i mordowali, uważali się za działających w roli ambasadorów dobra i emisariuszy ogółu. Gdyby było inaczej, nie uległaby maoistycznej kolektywistycznej psychozie część zachodnioeuropejskiej inteligencji lat 60. i 70. XX wieku – nadal jeszcze jeden z najmroczniejszych rozdziałów nowej historii ducha. Przedstawiciele tych kręgów usłyszeli w chińskich ekscesach melodię hymnu wyzwolonego egalitaryzmu, która w Europie rozbrzmiała po raz pierwszy w okresie terroru jakobińskiego i którą potem śpiewano do najróżniejszych tekstów” (97).

Monoteizm oświecony także ma swoje dogmaty: 

“nadał dogmatyczną moc niektórym uniwersalistycznym artykułom wiary. Należały do nich obowiązująca a priori jedność gatunku, niezbywalność państwa prawa, powołanie człowieka do panowania nad przyrodą, solidarność z poszkodowanymi przez los i wykluczenie doboru naturalnego wśród Homo sapiens. “Oświecenie” jest tylko popularną nazwą nieustającego literackiego soboru, podczas którego artykuły te są dyskutowane, uchwalane i bronione przed heretykami” (189)

Strukturę owej monoteistycznej logiki omawia Sloterdijk obszernie w rozdziale piątym, ukazującym także inne niż czysto teologiczna formy absolutyzmu, prowadzące do "Boga filozofów",  rozumianego odpowiednio jako najwyższy byt lub najwyższy intelekt.

Ale jedno, czy dwuwartościowa logika monoteistyczna, skazująca wszystkich na wybór typu albo-albo, okazuje się być nie do zniesienia.  Również dla samych monoteizmów, które wymyślają w rezultacie kategorie łagodzące napięcie (jak katolicki czyściec między niebem a piekłem czy muzułmańska dimmi). Logika trójwartościowa jednak, to połowiczne rozwiązanie, stąd powrót do wielowartościowości, jakim był włoski Renesans sięgający w nauce i sztuce do dziedzictwa politeistycznych Greków i Rzymian. Renesans, jak wiadomo,  nie sięgnął jednak do faktycznego korzenia jakim dla każdej cywilizacji jest religia. Autorowi także pomysł wznowienia kultu dawnych bogów jawi się jako nierealny (czyżby był przekonany, że ludzie, społeczeństwa zachodnie nie potrzebują religii? ). Zamiast tego proponuje nowy Renesans sięgający jeszcze dalej w przeszłość, do kultury, gdzie nieubłagany konflikt między monoteizmem a politeizmem ujawnił się po raz pierwszy: do Egiptu. Na czym jednak miałby polegać? To chyba materiał na inną książkę.

 

 

 

(572)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
page 1 of 1

Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube
Najczęściej czytane posty
  • No results available

Welcome , today is poniedziałek, 23 października 2017