Kilka uwag o synodzie nt. rodziny

W sobotę wystąpiłem w audycji „Prosto z poznania” (to mój radiowy debiut) na temat ostatniego synodu poświęconego rodzinie. Audycja jest do wysłuchania na stronie rozgłośni radia „Merkury”. W tym miejscu chciałbym kilka rzeczy uporządkować i dopowiedzieć.

Stawiam mianowicie tezę, że synod został od początku pomyślany i zwołany aby rozwiązać kwestię praktyczną: dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do komunii.  Dotychczasowe tradycyjne stanowisko Kościoła opierało się na słowach Jezusa, które faktycznie trudno interpretować inaczej: Mk 10,11-12 i Łk 16,18 „Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”. W późniejszej redakcji Mateusza dodano wprawdzie wyjątek („Ktokolwiek by odprawił żonę swoją, z wyjątkiem przyczyny wszeteczeństwa, i poślubił inną, cudzołoży”), wykorzystywany zresztą przez niektóre denominacje protestanckie jako uzasadnienie rozwodu w przypadku zdrady. Nauczanie Kościoła nie uwzględniło tego wyjątku, więc jest dość jednoznaczne. Jedynie „białe” małżeństwa mogą liczyć na wyrozumiałość (podobnie jak „białe” związki homoseksualne, choć naturalnie nie uznawane za małżeństwa).

Twierdzę, że inicjatorom udało się w pełni osiągnąć zamierzony cel, a to dzięki zastosowaniu klasycznej techniki negocjacyjnej, zwanej przez psychologów społecznych „drzwiami w twarz”. Polega ona na tym, że chcąc od kogoś skąpego pożyczyć 100 zł prosimy go najpierw o 1000 zł i dopiero, kiedy zakłopotany odmawia, przedstawiamy naszą właściwą prośbę. Dlatego też synod (co samo w sobie było dość dziwne) podzielono na dwie sesje (synod nadzwyczajny z 2014 r. i zwyczajny z 2015 r.), by w pierwszej sesji odpowiednio podgrzać atmosferę przez radykalne sformułowania i ich przecieki do mediów. Burza rozpoczęła się zresztą już wcześniej, gdy zaczęły napływać, zwłaszcza z Niemiec, odpowiedzi na przedsynodalną ankietę (najgłośniejsza wybuchła po upublicznieniu sprawozdania niemieckiej Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych w marcu 2014).

Konserwatywnym biskupom strach zajrzał w oczy, już zaczęli sobie wyobrażać nie tylko komunię dla rozwodników ale i „otwarcie na homoseksualistów”, zwłaszcza, że jak pokazały głosowania, zyskiwały one całkiem spore poparcie: kontrowersyjne punkty o dopuszczeniu rozwodników  żyjących w nowych związkach do komunii zyskały 104 głosów za a tylko 74 przeciw (wymagana jest większość 2/3), zaś za dostrzeżeniem wartości w związkach homoseksualnych głosowało aż 118 przeciw 62. Druga sesja toczyła się już w znacznie spokojniejszej atmosferze. Właśnie dlatego, że pierwsza spełniła swoje zadanie: oswoiła ze skrajnymi stanowiskami (no i pozwoliła „policzyć szable”).

Strategia ta spełniła swoje zadanie, bowiem od początku – moim zdaniem – nie chodziło o to, by wprowadzić zmiany w kościelnej doktrynie, ale zmiany w kościelnej praktyce. Jest to strategia stosowana zresztą od dłuższego czasu przez zwolenników reform Kościoła, czego klasycznym przykładem jest tzw. „duch Soboru”. Sobór Watykański II wprowadził pewne istotne otwarcie na kilku kierunkach, weźmy dwa przykłady: w dokumencie Dignitatis humanae uznał, że w innych religiach mogą też znajdować się pewne pozytywne wartości, „ziarna prawdy” (widać tam stopniowanie, od innych Kościołów chrześcijańskich, przez inne religie monoteistyczne aż do „wszystkich ludzi dobrej woli”), tymczasem posoborowa praktyka poszła znacznie dalej, właściwie do zrównania religii. Skoro papież całuje Koran a inni modlą się w meczecie zwróceni w kierunku Mekki, to trudno to inaczej interpretować. Podobnie reforma liturgiczna, która formalnie dopuściła stosowanie języków narodowych w pewnych częściach mszy, w praktyce wyeliminowała łacinę i całkowicie zmieniła dramaturgię tego rytuału: o ile dawniej była to ofiara, którą kapłan składa w imieniu stojących za nim wiernych, to obecnie jest to uczta eucharystyczna, w której wszyscy spotykają się wokół stołu.

Podobnie, jak przewiduję, rzecz będzie się miała z adhortacją, która powstanie po obecnym synodzie (sam synod nie otrzymał uprawnień „decydyzjnych” a ma jedynie głos doradczy, przygotowuje „materiały” dla papieża do napisania adhortacji. Formalnie nic się nie zmienia, jednak dzięki wprowadzeniu niezwykle niejasnych i wieloznacznych sformułowań praktyka zmieni się zasadniczo (przynajniej w niektórych krajach, w Polsce zapewne z kilkunastoletnim opóźnieniem, o ile „coś” się nie wydarzy).

Spodziewam się pojawienia głosów zrzucających winę na „spisek kardynałów”, którzy podstępnie podsunęli papieżowi tak niebezpieczne sformułowania. Moim zdaniem rozumowanie to jest błędne, twierdzę, że za zmianą od początku stał sam papież. Opieram to na następujących przesłankach:

Po pierwsze, to papież wyznaczył do rady synodu przynajmniej kilku radykalnych zwolenników zmiany. Gdyby był przekonany o niezmienności nauczania Kościoła w tym punkcie, to prędzej by ich odesłał na rozmowę do Kongregacji Nauki Wiary niż powierzył ważne funkcje na synodzie.

Po drugie, swymi wypowiedziami „okołosynodalnymi” wyraźnie przygotowywał grunt. Weźmy fragment przemówienia Franciszka na otwarcie synodu (4-5X), a zwłaszcza na przywołane tam cytaty z NT:

„Kościół naucza i broni podstawowych wartości, nie zapominając, że „szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27) ; i że Jezus powiedział także: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17). Pamiętam słowa św. Jana Pawła II: „Błąd i zło trzeba zawsze potępiać i zwalczać; ale człowieka, który upada lub błądzi, trzeba zrozumieć i miłować […] Powinniśmy miłować nasz czas i pomagać człowiekowi naszych czasów”

Na otwarcie pierwszej sesji synodu mówił:

„Odwaga apostolska nie daje się zastraszyć ani w obliczu pokus świata, które usiłują zgasić w sercach ludzi światło prawdy, by zastąpić je małymi, tymczasowymi światełkami, ani też w obliczu zatwardziałości niektórych serc, które pomimo dobrych intencji oddalają ludzi od Boga”.

Ostatni fragment niewątpliwie skierowany był do konserwatystów, dla których szabat jest ważniejszy niż człowiek.

Po trzecie, trzeba uwzględnić jakie są faktyczne poglądy papieża na ten temat. Sam wypowiadał się wyjątkowo powściągliwie i każdy tłumaczył to na swoją modłę. W pewnym momencie kard. Walter Kasper miał jednak twierdzić, że jego (dość radykalnie „reformatorskie” poglądy) mają pełne poparcie papieża. Potem wprawdzie się z tego wycofał, jednak lektura (niestety tylko recenzji S. Cenckiewicza, z samą książką jeszcze się nie zapoznałem) biografii papieża Austena Ivereicha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” każe mi przyjąć, że to za pierwszym razem Kasper mówił prawdę. Biograf zwraca uwagę na to, że już jako arcybiskup Buenos Aires Bergoglio ku zaniepokojeniu Watykanu nie zajął jednoznacznego (ortodoksyjnego) stanowiska w momencie, gdy stanęła kwestia legalizacji związków jednopłciowych w Argentynie. W latach 90. uczestniczył natomiast w poufnych seminariach w Sankt Gallen organizowanych przez radykalnego zwolennika reform kard. Carlo Martiniego w których uczestniczyło wielu „kasperian” z samym Walterem Kasperem na czele (ale też kard. Godfried Danneels, Karl Lehmanem, Murphy-O'Connor, którzy znani są z bardzo liberalnych poglądów m.in. na temat związków homoseksualnych). To ta grupa miała forsować Bergoglia na papieża już na konklawe w 2005 r. Zapewne nadawał się jako kandydat szczególnie dlatego, że nie dał się jeszcze publicznie poznać z radykalnych poglądów.

Dlaczego jednak, mając papieża i przynajmniej arytmetyczną większość nie zmieni się nauczania wprost zamiast uciekać się do tego rodzaju dwuznacznych półśrodków? Sprawa nie jest taka prosta, na przeszkodzie stają nieubłagane „prawa” ewolucji organizacji religijnej (piszę o nich w MER w rozdziale 6). Dotychczasowe nauczanie Kościoła jest względnie spójną całością, rozwijaną przez wieki, opartą na nauczaniu poprzedników i tekstach fundamentalnych. Kościół katolicki, na dziś dzień, wyróżnia się od innych m.in. właśnie tym, że od wieków przyjął taką a nie inną interpretację. Jej nagła zmiana niewątpliwie uderzyłaby w wiarygodność głoszonej doktryny. Mniejsza już o to, co by o tym pomyśleli wierni (o tym niżej), ale kapłani nauczeni i uczący o niezmiennej i „pochodzącej od Zbawiciela” doktrynie o nierozerwalności małżeństwa, dowiedziawszy się, iż nie jest ona tak znowuż niezmienna, mogliby powziąć wątpliwości również, co do innych elementów układanki jaką jest nauczanie Krk.

Każda organizacja religijna musi pilnować własnego systemu dogmatycznego, troszczyć się o jego spójność a zatem o własną tożsamość. Musi jednocześnie tak regulować własne kontakty z otoczeniem społecznym (przede wszystkim własną niszą), aby czerpać z niego wystarczające środki do egzystencji. Te dwa wymogi stoją w istocie za „konserwatystami” i „reformatorami”.

Reformatorzy wychodzą z założenia, że wobec pustoszejących kościołów w Europie wydaje się, że jakaś forma „adaptacji” jest konieczna, aby utrzymać stan posiadania. Konserwatyści obawiają się zatraty własnej tożsamości.

Czy strategia na liberalizację dyscypliny może przynieść zamierzone efekty? Sprawa jest niezwykle trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Przeciwnicy tego kursu wskazują na stopniowy upadek mainstreamowych i liberalnych kościołów protestanckich, które sekularyzacja dotyka znacznie mocniej niż Krk. Wskazują, że najdynamiczniej rozwijają się denominacje najbardziej radykalne, wręcz fundamentalistyczne. To prawda, jednak trzeba zauważyć, że te radykalne Kościoły od początku miały inną strategię przetrwania, opierającą się na intensywności zaangażowania (mówiąc językiem mojej wersji ekologii społecznej: na zwartej i zaangażowanej niszy podtrzymującej w zasadzie pokrywającej się z niszą reprodukcyjną), zbliżają się zatem do socjologicznego typu idealnego „sekty” (Weber). Ich nisza fundamentalna (potencjalni członkowie) jest zatem dużo mniejsza niż uniwersalistycznie nastawione „kościoły” opierające się na szerokich niszach podtrzymujących.

Jakie będą skutki liberalizacji? Trudno to przewidzieć, gdyż kluczowa tutaj jest forma, w jakiej się ta (i zapewne kolejne) reformy dokona. Gdy reformatorzy z entuzjazmem rozkrzyczą swoje zwycięstwo i zaczną praktykować ostentacyjnie (o ile już tego nie robią) „nowe formy duszpasterstwa”, o ile nie doprowadzi to do kolejnej schizmy (jak wspomniane wyżej reformy soborowe doprowadziły do powstania lefebrystów), to można przewidywać utrzymanie a przynajmniej spowolnienie erozji niszy podtrzymującej. Kosztem tego będzie jednak erozja niszy reprodukcyjnej, co przejawi się w dalszym spadku powołań kapłańskich.

Czy jest inne wyjście? W MER zwracam uwagę na inne strategie przetrwania w niezmienionym kształcie. Jedną z nich jest „podążanie za niszą” (277n). Innymi słowy należy się pogodzić z faktem, że Kościół w Europie zamiera, że skazany jest na funkcjonowanie jako bardziej zaangażowana mniejszość religijna. Jednocześnie i dzięki temu (wyrazistszej tożsamości) może rozrastać się i skutecznie konkurować z innymi religiami na innych kontynentach (zwłaszcza w Afryce i Azji, które w niedalekiej przyszłości skupiać będą większość katolików). Wydaje się, że zwolennikiem takiej strategii był poprzedni papież, Benedykt XVI, który jeszcze jako kardynał w swej książce „Sól ziemi” stwierdzał, że trzeba się na taką sytuację przygotować (s. 191).

Powyżej przedstawiłem przesłanki mojego rozumowania. Oczywiście jestem otwarty na ich krytykę (nie jestm watykanistą, a to, co się dzieje w Kościele, obserwuję nieco "jednym okiem").

 

Źródła cytatów:

wypowiedzi papieża

Na otwarcie synodu

Na otwarcie pierwszej sesji

 

Kluczowe paragrafy dokumentu końcowego synodu

Odwołuję się też do recenzji książki Austena Ivereigha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” pióra Sławomira Cenckiewicza

Wypowiedź Waltera Kaspera

Deklaracja niemieckich zakonników i zakonnic

Po synodowa deklaracja Bp Coudray: W sprawie rozwodników drzwi zostały otwarte, będą kolejne decyzje

(55)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Mechanizmy zamurowane

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 2 października 2014
Comments: 19 Comments
Tags:
Categories: Publikacje

Z przyjemnością informuję, że moja najnowsza (2013) książka, Mechanizmy ewolucji religii została właśnie zAMURowana, czyli udostępniona na platformie AMUR. Można ją pobrać pod adresem http://hdl.handle.net/10593/11373

Zapraszam do lektury!

kaczmarek1

Przy okazji: niektóre moje książki ukazały się także na platformie Otwórz książkę.

OK banner_logo

HS

 

(1124)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Niektóre konsekwencje systemowego ujęcia religii

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 24 lipca 2014
Comments: 6 Comments
Tags: , , , ,
Categories:

Podsumujmy punkt, do którego dotarliśmy w rozważaniach nad naturą religii:

Grupy religijne mają najczęściej charakter systemowy,  gdzie obie części: organizacja (skupiająca i organizująca specjalistów) oraz wspólnota wiernych powiązane są wzajemnymi relacjami. szlakiwymianyNa relacje te składają się trzy szlaki: przekaz energii (zasobów),  przekaz informacji (wiedzy o ŚN) oraz zwykle przepływ populacji (w organizacji kastowej ten element nie wystepuje, w organizacji wymagającej celibatu – przepływ jest jednokierunkowy).

Sens istnienia organizacji religijnej sprowadza się do tego,  że jej członkowie dysponują wiarygodną dla wspólnoty informacją o środowisku nadprzyrodzonym (ŚN),  której to informacji członkowie wspólnoty potrzebują,  by ułożyć swoje życie z uwzględnieniem uwarunkowań płynących z tego środowiska lub by rozwiązać jakieś doraźne problemy życiowe (albo problemy, których źródła doszukuje się w ŚN albo problemy, które pragnie się rozwiązać przy pomocy ŚN). Aby organizacja religijna mogła funkcjonować na profesjonalnym poziomie,  musi skupiać specjalistów,  a zatem osoby,  które dużą część swego życia poświęcają działalności religijnej,  kosztem działalności utylitarnej (zdobywania środków do życia) a czasem także prokreacyjnej (zakładania rodzin). Aby tę pełnoetatowość umożliwić wspólnota musi stać się dla organizacji źródłem energii,  a ściślej – zasobów materialnych.

Prezentując tę koncepcję przed różnymi gremiami odniosłem wrażenie,  iż teza o utrzymywaniu organizacji w oparciu o ekonomiczne zasoby (ściślej – część nadwyżek) wspólnoty odbierana bywa jako nieco antyklerykalna czy wręcz (o zgrozo) trącąca marksizmem. Doprawdy,  nie wiem co jest antyklerykalnego w zauważeniu oczywistego faktu,  że kapłani muszą jeść,  gdzieś mieszkać a czasem też utrzymać rodzinę i,  że aby poświęcać czas na studiowanie świętych tekstów czy rytuałów zwalniani są zwykle z obowiązku pracy zarobkowej.  Przypomina to trochę zgorszenie (autentyk) pewnej dziewczynki z pobożnego domu,  która dowiedziała się, że księża też korzystają z WC. Zgorszenie to uwarunkowane jest specyficzną tradycją religijną,  jaka tu na zgorszonych promieniuje. Gloryfikuje ona bowiem ubóstwo czyniąc tym samym finansowe sprawy kapłanów równie wstydliwymi jak ich sfera seksualna. Staram się jednak,  by moja koncepcja nie ograniczała się jedynie do katolicyzmu.

Stopień i forma tego ekonomicznego uzależnienia organizacji od współnoty może być naturalnie różna. Religie w momentach narodzin (stadium "sekty") zwykle nie różnicują się tak wyraźnie na specjalistów i zwykłych wiernych, stąd też zasoby muszą pozyskiwać na często niekonwencjonalnych droga. Również wymagania co do wiedzy religijnej w stosunku do wszystkich wiernych są wyższe. Organizacja religijna może czerpać zasoby bezpośrednio ze wspólnoty (przez datki, darowizny, skałdki, darmowa praca) lub pośrednio (zasoby wspólne pozyskane na drodze poboru podatków, z których państwo łoży na konkretną organizację religijną). W pewnych szczególnych sytuacjach organizacje muszą osiągnąć pewną samowystarczalność: dotyczy to przede wszystkim organizacji misyjnej, która nie posiada jeszcze własnej wspólnoty, na której mogłaby się oprzeć (tę formę w chrześcijaństwie uprawomocnił św. Paweł). Odbywa sie to jednak kosztem działalności ściśle relgiijnej.

 

Drugi wymiar systemowości – nierównomierny rozdział informacji o ŚN również zdaje się być kontrowersyjny. W kręgach "oświeconych" (i to zarówno katolickich jak i laickich) zwykło się bowiem utyskiwać na niski poziom wiedzy religijnej "przeciętnych" katolików czy protestantów (stosowne, choć już dość stare dane przytaczam w artykule Polish Religiousness: Mainstream and Peripheries.

W istnienie Boga wierzy 91,4% Polaków – najwięcej wśród narodów w tym rejonie Europy. Oznacza to jednak, że istnieje pewien procent katolików, którzy w Boga nie wierzą [za katolików uważa się 96% Polaków]. Jeszcze większy procent katolików nie wierzy w życie po śmierci, gdyż wiarę taką deklaruje 69% Polaków, 65,8% wierzy w zmartwychwstanie z czego tylko 50% w zmartwychwstanie z ciałem i duszą. Istnienie nieba uznaje 72,8% Polaków, ale piekła już tylko 31%. Kim jest dla Polaków Jezus Chrystus? Okazuje się, że tylko 26% podziela wiarę Kościoła katolickiego, że jest Bogiem i człowiekiem. 50% Polaków, naturalnie nieświadomie, skłania się do monofizytyzmu, uznając, że Chrystus jest Bogiem, a 7,4% skłania się do arianizmu czy unitarianizmu, uznając Jezusa za człowieka [E. Jarmoch Religijność indywidualna Polaków:392].

Nie jest to bynajmniej polska specyfika, ani specyfika katolicyzmu (por. Bruce Religion and Rational Choice: 197). Utyskiwania tego rodzaju da się słyszeć w różnych językach (ciekawe, że trudno znaleźć analogiczne zarzuty dotyczące nie-znajomości praw Newtona czy szczegułów teorii ewolucji Darwina).

Tymczasem z przedstawionej tu koncepcji wynika, że taki stan rzeczy jest najzupełniej normalny. "Ludziom religii" trudno jest może przyjąć do wiadomości, że dla wielu ludzi praktycznie religia nie jest najważniejszą sprawą w życiu, że na codzień bardziej troszczą się o inne kwestie. Informacji o ŚN szukają zaś wówczas, gdy są im potrzebne i takich, jakie są im potrzebne. Fakt, że wielu katolików myli niepokalane poczęcie z dziewiczym, albo że większość protestantów czy katolików w USA nie potrafii podać ani jednego proroka Starego Testamentu (por. Atran 2013:188) nie musi świadczyć o ich ukrytym ateizmie.Te informacje po prostu nie były im dotąd potrzebne w życiu religijnym.

Wynika z tego, że nie da się zdefiniować religii morfologicznie, na podstawie zestawu wierzeń podzielanych przez jej wyznawców. System wierzeń jest czymś (mówiąc językiem Znanieckiego) obiektywnym, w przypadku rozbudowanych religii żadna jednostka nie posiada jego pełnej znajomości. Jest zatem zasobem zbiorowym, nad którego piecze powierzono specjalistą i z którego korzystają w miarę potrzeb (życiowych i intelektualnych) laiccy wierni.

(203)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Źródła STER

Chociaż Syntetyczna teoria ewolucji religii (STER) inspirowana jest kilkoma teoriami biologicznymi (klasyczny darwinizm, punktualizm, teoria systemów rozwojowych, biologiczna definicja gatunku i in.),  to składa się niemal wyłącznie z czysto socjologicznych komponentów i można by w zasadzie przedstawić ją bez jakichkolwiek aluzji do biologii, tak, że nieobeznany z nią czytelnik wspomnianych inspiracji mógłby się nie domyślić. Zapewne byłoby to korzystne z ‘politycznego’ punktu widzenia, wziąwszy pod uwagę z jak negatywnym odbiorem wszystko co trąci biologią się spotyka w środowisku humanistów. Inspiracje te jednak są w tym przypadku faktem,  samemu nie dostrzegam niczego złego w inspirowaniu się ‘twardszymi’ naukami,  więc nie będę ich ukrywał,  choć,  co warto podkreślić,  teoria socjologiczna winna się bronić na czysto socjologicznym gruncie,  bez zapożyczania autorytetu od poważniejszych nauk. Jak pisałem ostatnio,  socjolodzy nie mogą się wyręczać biologami w rozwiązywaniu problemów, które stawia rzeczywistość społeczna. Inspiracje ‘zewnętrzne’ mogą jednak zwrócić uwagę na problemy dotąd niedostrzegane lub ich możliwe rozwiązania. Dla mnie największą korzyścią z biologicznych lektur było dostrzeżenie związku miedzy problemami i teoriami,  które zwykle w socjologii nie były wiązane. (czytaj dalej…)

(299)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Socjologia a biologia – rewizja

Uczestniczyłem niedawno w niezwykle interesującej konferencji na Uniwersytecie Śląskim o relacjach między biologią a naukami humanistycznymi. BT_rgb_kwadrat-half2Nie będę zdawał z niej relacji, choć usłyszałem wiele niezwykle inspirujących referatów (choć także i takich, które otwierały nóż w kieszeni). Jeden referat bardzo mną poruszył i zmusił do przemyślenia ponownie tego, do czego doszedłem. Wstyd pisać, bo wiem, jak narcystycznie to zabrzmi, ale był to referat, który sam miałem zaszczyt wygłosić (mp3). To dobry przykład na heglowską (czy inspirowaną Heglem) myśl, że tworzymy nie tylko świadomością, ale całą osobowością, i zdarzy się czasem człowiekowi napisać coś, co jest mądrzejsze od niego samego. W zasadzie wszystko, co powiedziałem, wypływa wprost z mojej dotychczasowej pracy, w zamierzeniu miało ją podsumować, a faktycznie ją zasadniczo przeorientowało. W czym rzecz:

Dotychczasowe próby zastosowania teorii biologicznych do materii społecznej (analizuję je szerzej w drugim rozdziale książki Mechanizmy ewolucji religii) opierały się na założeniu, że między oboma ‚królestwami’ (światem natury i społeczeństwa) istnieją pewne fundamentalne izomorfie, które usprawiedliwiają przenoszenie teorii z biologii do socjologii. Spencer oparł się na izomorfii między organizmem a organizacją społeczną (izomorfia systemowa), memetycy (np. W.G.Runciman), między genem a jednostką dziedziczenia kulturowego czy społecznego, Ina Wunn na izomorfii między religiami a gatunkami, ekolodzy organizacji na jeszcze wyższym poziomie (choć posługują się terminologią zaczerpniętą z niższego) – relacji między gatunkami i między organizacjami. Zakorzeniają więc teorię społeczną na pewnym poziomie rzeczywistości. W książce stawiam im zarzut, że, po pierwsze, traktują te poziomy jako istniejące samoistnie, tymczasem nie da się zrozumieć tego, co się dzieje na każdym z nich, bez uwzględnienia kontekstu, jakim są pozostałe poziomy. Tak jak geny nie istnieją (w sensie działania) poza organizmami, tak organizmy nie istnieją poza populacjami składającymi się na gatunek. Poszczególne poziomy rzeczywistości biologicznej nie są emergentne, ale określają się wzajemnie w fundamentalny sposób. Po drugie, choć również w rzeczywistości społecznej występują określone poziomy rzeczywistości, to jednak nie są one dokładnie równoległe do tych, składających się na rzeczywistość biologiczną. Dla przykładu religie, jako twory zorganizowane są izomorficzne nie tylko z gatunkami (jak zakładała Ina Wunn), ale też z organizmami. Uważałem, że mimo wszystko izomorfie te stanowią podstawę pod przeniesienie darwinizmu na grunt socjologii, choć musi to być darwinizm mocno zmodyfikowany, uwzględniający wspomniane nakładanie się izomorfii. (czytaj dalej…)

(699)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Zapowiedź

 

Już wkrótce ukażą się Mechanizmy ewolucji religii.  To niewątpliwie najważniejsza moja książka. Z jednej strony zbiera ona elementy, z tego, co dotąd zrobiłem, scala to na zupełnie nowej podstawie, ale też, jak sądzę wyznacza kierunek dalszych moich badań i dociekań. Jest to książka z tych, które pisze się (pod różnymi tytułami) całe życie.Mógłbym zastosować do niej to, co Simmel napisał o Filozofii pieniądza: „To ona jest naprawdę moją książką, pozostałe zdają mi się bezbarwne i wydaje się, jakby mógł je napisać ktoś inny”.

(czytaj dalej…)

(676)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
page 1 of 1

Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube

Welcome , today is środa, 28 czerwca 2017