Czy możliwy jest umiarkowany islam i wojownicza religia miłości?

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 25 lipca 2016
Comments: 3 Comments
Tags: , ,
Categories: Obserwacje, komentarze

Kontynuując rozważania z poprzedniego wpisu postawmy – jako problem socjotechniczny – pytanie: czy da się „wyhodować” umiarkowany islam i jak to zrobić? Nie mam tu na myśli populacji umiarkowanie islamistycznej, takiej, która wprawdzie sama nie dokonuje zamachów terrorystycznych, ale 2/3 z niej nie zadzwoniłoby na policję wiedząc, że ich znajomy taki przygotowuje (jak obecnie w GB). Chodzi o w miarę spójny, kulturowo dziedziczony, społecznie akceptowalny w naszej kulturze islamski system religijny, a nie jego akceptowalne przejawy.

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: da się. Polakom się to swego czasu udało, czego przykładem są Tatarzy. Moim zdaniem, aby taki eksperyment się powiódł muszą być spełnione dwa warunki: ewoluować w kierunku wygaszenia tendencji niezgodnych z normami uznawanymi przez ogół społeczeństwa zacznie izolowana wspólnota muzułmańska w warunkach znaczącej i odczuwalnej przewagi militarno-policyjnej. Gdy każdy akt przemocy z jej strony spotka się z bezwzględną odpowiedzią przemocową (co ważne – obejmującą nie samych sprawców, ale całą współodpowiedzialną wspólnotę), jest szansa, że grupa z takich aktów zrezygnuje (najpierw tymczasowo, wreszcie definitywnie). Gdy będzie miała dodatkowo w tym interes, to proces będzie przebiegał szybciej. Ważne jest jednak, by była to grupa izolowana od wspólnot muzułmańskich żyjących w innych warunkach i mogących rozwijać bardziej dosłowne interpretacje „wersetów miecza”. Wszelki przepływ idei udaremni bowiem wysyłek reformatorskich myślicieli.

Myślę zresztą, że mistyczna reinterpretacja „wersetów miecza” nie musi być najlepszym możliwym rozwiązaniem. Znacznie wartościowsza – z ogólnospołecznego punktu widzenia – byłaby jakaś reinterpretacja pojęcia ummy, wspólnoty muzułmańskiej, tak by rozciągnąć je na całe społeczeństwo, do którego wspólnota muzułmańska należy, by muzułmanin traktował jako jej członka nie tego, kto podziela wspólną z nim wiarę, ale tego, kto przynależy do wspólnoty szerszej, narodowo/państwowej. Wówczas muzułmanie mogliby dla wspólnego dobra wprowadzić do naszej kultury nieco powiewu wojowniczości, przydatnego jak sądzę w tych niespokojnych czasach. Czy na gruncie teologii muzułmańskiej da się coś takiego wypracować? Nie mam pojęcia. Faktem jest, że Tatarzy walczyli w szeregach polskiej armii. Niedawno zresztą prezydent odznaczył jednego z nich. W ten sposób niebezpieczne inklinacje islamu można by ujażmiwszy zaprząc do działań dla wspólnego dobra.

Tak czy inaczej – w Polskich warunkach i w kontekście debaty o przyjmowaniu uchodźców – pomysł, by muzułmańskimi uchodźcami opiekowały się katolickie parafie (swego czasu, jeszcze przed słynnym apelem Franciszka wystąpił z nim abp. Gądecki) jest zupełnym nieporozumieniem. Jeśliby Polska zdecydowała się jednak jakichś przyjąć, to jedyne sensowne rozwiązanie to takie, aby przyjmowały ich (o ile się na to zgodzą) wspólnoty tatarskie i to tylko tylu, ilu nie zagrozi ich spójności. Powinny oczywiście otrzymywać na ten cel środki i wszelką potrzebną pomoc logistyczną.

Wszystko to wymaga jednak przezwyciężenia pewnego przesądu, upowszechnianego zresztą przez Kościół – że wszystkie religie są dobre, że państwo ma obowiązek je chronić i nie ma prawa ich oceniać. Oczywiście państwo nie może oceniać, czy religia jest prawdziwa czy fałszywa. Może jednak oceniać społeczne czy indywidualne skutki jej praktykowania.

Poprzedni wpis zakończyłem wskazaniem też drugiego nieszczęścia naszych czasów – zdziecinniałego chrześcijaństwa, które utraciło już wszelkie zęby, czy nawet tolerancję na sytuację konfliktu. Trudno już nawet o porządną teologiczną dysputę – teraz toczy się dialog. Nawet spadkobierczyni Świętej Inkwizycji – Kongregacja Doktryny Wiary toczy dialog z heretykiem zanim raczy zastosować wobec niego jakieś środki dyscyplinujące. Heretykom się to oczywiście podoba. Dla mnie – stojącego z zewnątrz – jest to tylko kolejny przejaw bezzębności. Ale spójrzmy na ten problem podobnie, jak na poprzedni: czy – hipotetycznie – dałoby się wyhodować chrześcijaństwu jakieś zęby, aby jak za dawnych czasów stawało w obronie, bodaj własnych wyznawców, dostarczało jakichś uzasadnień wojnie bodaj tylko sprawiedliwej, obronnej? Jeśli chodzi o Kościół katolicki – jestem pesymistą. Wynika to z kilku faktów (o innych zresztą pisałem w swojej książce): Kościół jest obecnie za duży, aby móc zmienić kierunek nadany mu przez Jana XXIII, zdecydowana większość biskupów wychowana została w atmosferze „ducha soboru”. Na ostatnim, przypominam, Synodzie ds Rodziny większość głosowała już za dowartościowaniem związków jednopłciowych. Teoretycznie mogłaby się dokonać w ramach Kościoła konserwatywna schizma (sądzę zresztą, że prędzej czy później się dokona). Ale powrót do przeszłości, jaki postulują niektórzy konserwatyści, nie rozwiąże podstawowej trudności, która cały kryzys zrodziła. Czy da się jeszcze – na serio – uzasadniać np. poszczególne sakramenty słowami Jezusa, co do których – w świetle badań historycznych – wiadomo, że nie niosły ze sobą takiego sensu? Kościół na swoje nieszczęście nie podjął rękawicy, jaką rzuciła mu historyczna rewolucja na naukach humanistycznych. Pierwotnie się od niej odciął (wrzucając do worka z „modernizmem”), a ostatecznie uległ. Francuska „nowa teologia” użyła historii by obalić historię, w imię tego, co było „na początku” podważono to, co nastąpiło potem. Z faktu, że doktryna ewoluowała uczyniono oręż przeciw tradycji. Tradycja była wobec tego bezbronna, gdyż – taka jak ci reformatorzy – deifikowała „to, co było na początku”. Czy można było inaczej? Nie orientuję się w teologii na tyle mocno, by dać jednoznaczną odpowiedź, dla ciekawych – polecam przeczytać co o chrześcijaństwie, Jezusie, apostołach i Pawle napisał w swej Filozofii religii Hegel. W skrócie: jego propozycja polega na tym, by potraktować serio obietnicę Jezusa, że Kościół zostanie dopiero oświecony przez Ducha św. Konsekwencją tego byłoby przyznanie, że nie tylko Jezus nie wiedział wszystkiego, że mógł się mylić czy nie objawić wszystkiego, podobnie apostołowie, że dopiero Kościół pod nadprzyrodzonym przewodnictwem mozolnie do prawdy dochodzi. To uczyniłoby Kościół odpornym na wszelkie badania historyków, bo jakie to ma znacznie, co Jezus „naprawdę” powiedział? Liczyłoby się tylko to, co Kościół – swego rodzaju Bóg na ziemi – aktualnie naucza. Ale czy dziś, po tym wszystkim, co się w Kościele dzieje po Janie XXIII, ktoś mógłby na serio twierdzić, że Kościół jest konsekwentnie prowadzony przez Ducha św.? To już pytanie zostawiam samym katolikom. (Nie wiem, co mnie pokusiło, by grzebać w ich działce. Na szczęście, biorąc pod uwagę, że specjalnie życzliwie do chrześcijaństwa nie jestem nastawiony, najpewniej nie posłuchają moich rad wink ).

Inaczej oczywiście wygląda sytuacja w obrębie niemożliwie zróżnicowanego protestantyzmu. Tam wojujących odmian chrześcijaństwa z pewnością nie zabraknie. Zwłaszcza wśród tych, które nie uznają bezwzględnego prymatu hermeneutycznego Nowego Testamentu nad Starym. Niestety, nie gwarantują one że będą bardziej znośne niż salafici.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

(102)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Zabójcza religia pokoju i pacyfistyczna religia wojny

Wczoraj katolicka Wspólnota św. Idziego, przedstawiła program kolejnego spotkania religii w Asyżu, które ma odbyć się w dniach 18-20 września. Kard. Kurt Koch, przewodniczący Papieskiej Rady Popierania Jedności Chrześcijan, podkreślił, że spotkanie to powinno udowodnić, iż „bliźniaczą siostrą religii nie jest przemoc, ale pokój”. Słowo pokój odmieniano przez wiele przypadków i za wszelką cenę starano się go przykleić do słowa "religia". Ostatnio, z zamachem na zamach, jest to coraz trudniejsze. Coraz trudnie obstawać, jak swego czasu (po pierwszych zamachach w Paryżu) kard Jean-Louis Tauran, że nawet jak zamachowiec krzyczy Allahu akbar, to nie oznacza, że ma to jednoznaczny związek religią. Dla tego typu myślenia oczywiście nie ma, bo religia jest siostrą pokoju, a zatem co jest bratem wojny, na pewno nie jest religią. Proste?

Porzucając rozwiązania czysto werbalne: czy zatem islam jest, czy nie jest "religią pokoju". Cały szkopuł w tym, aby najpierw wyjaśnić, co to oznacza "religia pokoju". Weźmy dla porównania chrześcijaństwo. Religie tego rodzaju (jak islam, chrześcijaństwo, buddyzm) mają dwa istotne punkty odniesienia, są to czyny i nauczanie założyciela. Czy celem działalności Jezusa był pokój? Sądząc wedle jego słów – bynajmniej. Wprost stwierdza: "Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz" (Mt:10,34). Sam Jezus, z tego, co podają ewangelie, nikgo nie zabił. Jeszcze. Przypomnijmy, że ostatnia księga Biblii zapowiadająca jego powrót wręcz ocieka krwią. Chrześcijanie czekają więc na wojnę, na ostateczne starcie armii Boga z armią szatana, na pokaranie niewiernych i niesprawiedliwych. To jest, jeśli można tak powiedzieć, odległy cel chrześcijaństwa. Kluczowe są jednak środki. Sam Jezus błogosławił wprowadzających pokój (Mt:5,9), zalecał uczniom wyrzeczenie się przemocy, nadstawianie drugiego policzka, miłowanie swoich wrogów etc. Wygląda to na sprzeczność: celem wojna a środkiem radykalny pacyfizm? Nie wiem, jak to się w głowie samego Nazarejczyka zgadzało, ale niewątpliwie najnowsza historia Europy pokazuje, że nie jest to żaden absurd. Jest to proste odwrócenie starożytnej maksymy "Si vis pacem, para bellum". A zatem – jeśli pragniesz wojny – rozbrój się i głoś, że pokój jest dla ciebie najwyższą wartością (co oznacza, choć zwykle się tego nie dopowiada, przynajmniej w kościelnych kazaniach, że gotów jesteś dla niego wszystko poświęcić, majątek, wolność, nietykalność bliskich, życie). Wystarczy potem czekać. Gwarantuję, że kogoś taka okazja skusi. Nieprzypadkowo najwięcej masowych mordów w USA dokonuje się w gun-free-zones, którymi jako pierwsze stały się szkoły. Nawet przeciwnicy liberalnego prawa do posiadania broni nie są chętni by zamieścić przed swym domem informację, że jest on gun-free, słusznie spodziewając się, że zachęci to do włamania.

Wracają do tematu. Jak to wygląda w przypadku islamu? Islam nie ma na celu wojny lecz pokój. Najlepszy z możliwych, ogólnoświatowy. Ważne jest jednak jak się ten pokój rozumie i jakimi środkami do niego dąży. Pokój w rozumieniu islamu zapanuje wówczas, gdy zniknie sfera Dar al-Harb (dom wojny) a wszędzie rozciągać się będzie Dar al-Islam, czyli gdy wszyscy ludzie podporządkują się prawu Allaha. Co do środków natomiast, to wiadomo, że Muhammada miecz nie palił w rękę, Nie jest również żadną tajemnicą, że nowsze sury Koranu (medyńskie) zawierają sporo "wersetów miecza", w przeciwieństwie do pokojowych sur powstałych w Mekkce. O ile więc Jezusowe wezwania do niestosowania przemocy unieważniły starsze wezwania Mojżesza do wojny, o tyle nowsze wezwania do wojny unieważniają w teologii islamu starsze wezwania do pokoju.

Pytanie zatem nie powinno brzmieć: "dlaczego niektórzy muzułmanie zabijają w imię swej religii?", ale "dlaczego większość tego nie robi?". Znowu pomocne okaże się porównanie z chrześcijaństwem. Jezus doradzał rozdanie swego majątku ubogim, pochwalał tych, którzy dla Królestwa Niebieskiego czynią się eunuchoi, a jednak większość chrześcijan tak nie postępuje. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że religia nie dla wszystkich ludzi jest najważniejszą sprawą w życiu (dotyczy to tak muzułmanów jak chrześcijan). Po drugie zaś dlatego, że religie podlegają ewolucji. Proces ten opisał przekonująco Max Weber w ramach swych rozważań o ucodziennianiu charyzmy. Przesłanie charyzmatycznego proroka zwykle nie liczy się zupełnie z realnymi uwarunkowaniami. "Skoro Bóg mi tak powiedział, to taka jest prawda i koniec". Ale już od momentu śmierci założyciela (czasem wcześniej – jak w buddyzmie, czasem później) jego uczniowie muszą zmierzyć się z rzeczywistością, skonfrontować nauczanie z wymogami życia codziennego. Gdy ma się dzieci, trudno zrezygnować z posiadania jakiejkolwiek własności, płaczący niemowlak nie zrozumie, że "prorok kazał", a wobec jego rozdzierającego płaczu wszelkie zalecanie proroka bledną. Jeśli chodzi o nasz problem, dla chrześcijaństwa kluczowe było zyskanie popularności w armii rzymskiej i w rezultacie jego legalizacja przez Konstantyna oraz upaństwowienie przez jego następców. Gdy religia stała się sprawą politycznie istotną, musiała jakoś pogodzić się z mieczem. W średniowieczu rozwijano zatem różnego rodzaju relatywizacje pierwotnego pacyfizmu Jezusa (zwł. doktryna wojny sprawiedliwej) i ostatecznie, gdy chrześcijaństwo nauczyło się żyć z wojną (nierozłącznym elementem istnienia naszego gatunku) krucjaty stały się możliwe. Podobnie, choć odwrotnie z islamem. Gdy zderzył się z przeważającym oporem europejskich armii musiał pogodzić się z pokojem. Rozwijano wówczas różne reinterpretacje wersetów miecza zgodnie z którymi w dżihadzie chodzi o "walkę wewnętrzną". Z naszego punktu widzenia, był to najlepszy czas islamu, rozkwit kultury i nauki arabskiej.

Mówiąc brutalnie, przekraczając granice dobrego smaku etc. i wykraczając już daleko poza okolice nauki: dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że obie religie na starość zgłupiały. Głupiejący starzec zwykle dziecinnieje – podobnie chrześcijaństwo od czasu Jana XXIII zaczęło wracać do okresu swego dzieciństwa i wielbić pokój niemal na równi ze swoim Bogiem. Wyrzekło się rozsądnych rozwiązań wypracowanych w poprzednich wiekach i zaczęło otwierać wszystkie istniejące oraz wybijać nieistniejące drzwi i okna. Niestety, również w nie do końca swoich domach. Trudno się zatem dziwić, że w islamie z kolei popularność zyskuje wracająca do korzeni szkoła wahabicka. Si vis bellum…

 

 

 

(185)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 1.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Kilka uwag o synodzie nt. rodziny

W sobotę wystąpiłem w audycji „Prosto z poznania” (to mój radiowy debiut) na temat ostatniego synodu poświęconego rodzinie. Audycja jest do wysłuchania na stronie rozgłośni radia „Merkury”. W tym miejscu chciałbym kilka rzeczy uporządkować i dopowiedzieć.

Stawiam mianowicie tezę, że synod został od początku pomyślany i zwołany aby rozwiązać kwestię praktyczną: dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do komunii.  Dotychczasowe tradycyjne stanowisko Kościoła opierało się na słowach Jezusa, które faktycznie trudno interpretować inaczej: Mk 10,11-12 i Łk 16,18 „Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”. W późniejszej redakcji Mateusza dodano wprawdzie wyjątek („Ktokolwiek by odprawił żonę swoją, z wyjątkiem przyczyny wszeteczeństwa, i poślubił inną, cudzołoży”), wykorzystywany zresztą przez niektóre denominacje protestanckie jako uzasadnienie rozwodu w przypadku zdrady. Nauczanie Kościoła nie uwzględniło tego wyjątku, więc jest dość jednoznaczne. Jedynie „białe” małżeństwa mogą liczyć na wyrozumiałość (podobnie jak „białe” związki homoseksualne, choć naturalnie nie uznawane za małżeństwa).

Twierdzę, że inicjatorom udało się w pełni osiągnąć zamierzony cel, a to dzięki zastosowaniu klasycznej techniki negocjacyjnej, zwanej przez psychologów społecznych „drzwiami w twarz”. Polega ona na tym, że chcąc od kogoś skąpego pożyczyć 100 zł prosimy go najpierw o 1000 zł i dopiero, kiedy zakłopotany odmawia, przedstawiamy naszą właściwą prośbę. Dlatego też synod (co samo w sobie było dość dziwne) podzielono na dwie sesje (synod nadzwyczajny z 2014 r. i zwyczajny z 2015 r.), by w pierwszej sesji odpowiednio podgrzać atmosferę przez radykalne sformułowania i ich przecieki do mediów. Burza rozpoczęła się zresztą już wcześniej, gdy zaczęły napływać, zwłaszcza z Niemiec, odpowiedzi na przedsynodalną ankietę (najgłośniejsza wybuchła po upublicznieniu sprawozdania niemieckiej Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych w marcu 2014).

Konserwatywnym biskupom strach zajrzał w oczy, już zaczęli sobie wyobrażać nie tylko komunię dla rozwodników ale i „otwarcie na homoseksualistów”, zwłaszcza, że jak pokazały głosowania, zyskiwały one całkiem spore poparcie: kontrowersyjne punkty o dopuszczeniu rozwodników  żyjących w nowych związkach do komunii zyskały 104 głosów za a tylko 74 przeciw (wymagana jest większość 2/3), zaś za dostrzeżeniem wartości w związkach homoseksualnych głosowało aż 118 przeciw 62. Druga sesja toczyła się już w znacznie spokojniejszej atmosferze. Właśnie dlatego, że pierwsza spełniła swoje zadanie: oswoiła ze skrajnymi stanowiskami (no i pozwoliła „policzyć szable”).

Strategia ta spełniła swoje zadanie, bowiem od początku – moim zdaniem – nie chodziło o to, by wprowadzić zmiany w kościelnej doktrynie, ale zmiany w kościelnej praktyce. Jest to strategia stosowana zresztą od dłuższego czasu przez zwolenników reform Kościoła, czego klasycznym przykładem jest tzw. „duch Soboru”. Sobór Watykański II wprowadził pewne istotne otwarcie na kilku kierunkach, weźmy dwa przykłady: w dokumencie Dignitatis humanae uznał, że w innych religiach mogą też znajdować się pewne pozytywne wartości, „ziarna prawdy” (widać tam stopniowanie, od innych Kościołów chrześcijańskich, przez inne religie monoteistyczne aż do „wszystkich ludzi dobrej woli”), tymczasem posoborowa praktyka poszła znacznie dalej, właściwie do zrównania religii. Skoro papież całuje Koran a inni modlą się w meczecie zwróceni w kierunku Mekki, to trudno to inaczej interpretować. Podobnie reforma liturgiczna, która formalnie dopuściła stosowanie języków narodowych w pewnych częściach mszy, w praktyce wyeliminowała łacinę i całkowicie zmieniła dramaturgię tego rytuału: o ile dawniej była to ofiara, którą kapłan składa w imieniu stojących za nim wiernych, to obecnie jest to uczta eucharystyczna, w której wszyscy spotykają się wokół stołu.

Podobnie, jak przewiduję, rzecz będzie się miała z adhortacją, która powstanie po obecnym synodzie (sam synod nie otrzymał uprawnień „decydyzjnych” a ma jedynie głos doradczy, przygotowuje „materiały” dla papieża do napisania adhortacji. Formalnie nic się nie zmienia, jednak dzięki wprowadzeniu niezwykle niejasnych i wieloznacznych sformułowań praktyka zmieni się zasadniczo (przynajniej w niektórych krajach, w Polsce zapewne z kilkunastoletnim opóźnieniem, o ile „coś” się nie wydarzy).

Spodziewam się pojawienia głosów zrzucających winę na „spisek kardynałów”, którzy podstępnie podsunęli papieżowi tak niebezpieczne sformułowania. Moim zdaniem rozumowanie to jest błędne, twierdzę, że za zmianą od początku stał sam papież. Opieram to na następujących przesłankach:

Po pierwsze, to papież wyznaczył do rady synodu przynajmniej kilku radykalnych zwolenników zmiany. Gdyby był przekonany o niezmienności nauczania Kościoła w tym punkcie, to prędzej by ich odesłał na rozmowę do Kongregacji Nauki Wiary niż powierzył ważne funkcje na synodzie.

Po drugie, swymi wypowiedziami „okołosynodalnymi” wyraźnie przygotowywał grunt. Weźmy fragment przemówienia Franciszka na otwarcie synodu (4-5X), a zwłaszcza na przywołane tam cytaty z NT:

„Kościół naucza i broni podstawowych wartości, nie zapominając, że „szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27) ; i że Jezus powiedział także: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17). Pamiętam słowa św. Jana Pawła II: „Błąd i zło trzeba zawsze potępiać i zwalczać; ale człowieka, który upada lub błądzi, trzeba zrozumieć i miłować […] Powinniśmy miłować nasz czas i pomagać człowiekowi naszych czasów”

Na otwarcie pierwszej sesji synodu mówił:

„Odwaga apostolska nie daje się zastraszyć ani w obliczu pokus świata, które usiłują zgasić w sercach ludzi światło prawdy, by zastąpić je małymi, tymczasowymi światełkami, ani też w obliczu zatwardziałości niektórych serc, które pomimo dobrych intencji oddalają ludzi od Boga”.

Ostatni fragment niewątpliwie skierowany był do konserwatystów, dla których szabat jest ważniejszy niż człowiek.

Po trzecie, trzeba uwzględnić jakie są faktyczne poglądy papieża na ten temat. Sam wypowiadał się wyjątkowo powściągliwie i każdy tłumaczył to na swoją modłę. W pewnym momencie kard. Walter Kasper miał jednak twierdzić, że jego (dość radykalnie „reformatorskie” poglądy) mają pełne poparcie papieża. Potem wprawdzie się z tego wycofał, jednak lektura (niestety tylko recenzji S. Cenckiewicza, z samą książką jeszcze się nie zapoznałem) biografii papieża Austena Ivereicha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” każe mi przyjąć, że to za pierwszym razem Kasper mówił prawdę. Biograf zwraca uwagę na to, że już jako arcybiskup Buenos Aires Bergoglio ku zaniepokojeniu Watykanu nie zajął jednoznacznego (ortodoksyjnego) stanowiska w momencie, gdy stanęła kwestia legalizacji związków jednopłciowych w Argentynie. W latach 90. uczestniczył natomiast w poufnych seminariach w Sankt Gallen organizowanych przez radykalnego zwolennika reform kard. Carlo Martiniego w których uczestniczyło wielu „kasperian” z samym Walterem Kasperem na czele (ale też kard. Godfried Danneels, Karl Lehmanem, Murphy-O'Connor, którzy znani są z bardzo liberalnych poglądów m.in. na temat związków homoseksualnych). To ta grupa miała forsować Bergoglia na papieża już na konklawe w 2005 r. Zapewne nadawał się jako kandydat szczególnie dlatego, że nie dał się jeszcze publicznie poznać z radykalnych poglądów.

Dlaczego jednak, mając papieża i przynajmniej arytmetyczną większość nie zmieni się nauczania wprost zamiast uciekać się do tego rodzaju dwuznacznych półśrodków? Sprawa nie jest taka prosta, na przeszkodzie stają nieubłagane „prawa” ewolucji organizacji religijnej (piszę o nich w MER w rozdziale 6). Dotychczasowe nauczanie Kościoła jest względnie spójną całością, rozwijaną przez wieki, opartą na nauczaniu poprzedników i tekstach fundamentalnych. Kościół katolicki, na dziś dzień, wyróżnia się od innych m.in. właśnie tym, że od wieków przyjął taką a nie inną interpretację. Jej nagła zmiana niewątpliwie uderzyłaby w wiarygodność głoszonej doktryny. Mniejsza już o to, co by o tym pomyśleli wierni (o tym niżej), ale kapłani nauczeni i uczący o niezmiennej i „pochodzącej od Zbawiciela” doktrynie o nierozerwalności małżeństwa, dowiedziawszy się, iż nie jest ona tak znowuż niezmienna, mogliby powziąć wątpliwości również, co do innych elementów układanki jaką jest nauczanie Krk.

Każda organizacja religijna musi pilnować własnego systemu dogmatycznego, troszczyć się o jego spójność a zatem o własną tożsamość. Musi jednocześnie tak regulować własne kontakty z otoczeniem społecznym (przede wszystkim własną niszą), aby czerpać z niego wystarczające środki do egzystencji. Te dwa wymogi stoją w istocie za „konserwatystami” i „reformatorami”.

Reformatorzy wychodzą z założenia, że wobec pustoszejących kościołów w Europie wydaje się, że jakaś forma „adaptacji” jest konieczna, aby utrzymać stan posiadania. Konserwatyści obawiają się zatraty własnej tożsamości.

Czy strategia na liberalizację dyscypliny może przynieść zamierzone efekty? Sprawa jest niezwykle trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Przeciwnicy tego kursu wskazują na stopniowy upadek mainstreamowych i liberalnych kościołów protestanckich, które sekularyzacja dotyka znacznie mocniej niż Krk. Wskazują, że najdynamiczniej rozwijają się denominacje najbardziej radykalne, wręcz fundamentalistyczne. To prawda, jednak trzeba zauważyć, że te radykalne Kościoły od początku miały inną strategię przetrwania, opierającą się na intensywności zaangażowania (mówiąc językiem mojej wersji ekologii społecznej: na zwartej i zaangażowanej niszy podtrzymującej w zasadzie pokrywającej się z niszą reprodukcyjną), zbliżają się zatem do socjologicznego typu idealnego „sekty” (Weber). Ich nisza fundamentalna (potencjalni członkowie) jest zatem dużo mniejsza niż uniwersalistycznie nastawione „kościoły” opierające się na szerokich niszach podtrzymujących.

Jakie będą skutki liberalizacji? Trudno to przewidzieć, gdyż kluczowa tutaj jest forma, w jakiej się ta (i zapewne kolejne) reformy dokona. Gdy reformatorzy z entuzjazmem rozkrzyczą swoje zwycięstwo i zaczną praktykować ostentacyjnie (o ile już tego nie robią) „nowe formy duszpasterstwa”, o ile nie doprowadzi to do kolejnej schizmy (jak wspomniane wyżej reformy soborowe doprowadziły do powstania lefebrystów), to można przewidywać utrzymanie a przynajmniej spowolnienie erozji niszy podtrzymującej. Kosztem tego będzie jednak erozja niszy reprodukcyjnej, co przejawi się w dalszym spadku powołań kapłańskich.

Czy jest inne wyjście? W MER zwracam uwagę na inne strategie przetrwania w niezmienionym kształcie. Jedną z nich jest „podążanie za niszą” (277n). Innymi słowy należy się pogodzić z faktem, że Kościół w Europie zamiera, że skazany jest na funkcjonowanie jako bardziej zaangażowana mniejszość religijna. Jednocześnie i dzięki temu (wyrazistszej tożsamości) może rozrastać się i skutecznie konkurować z innymi religiami na innych kontynentach (zwłaszcza w Afryce i Azji, które w niedalekiej przyszłości skupiać będą większość katolików). Wydaje się, że zwolennikiem takiej strategii był poprzedni papież, Benedykt XVI, który jeszcze jako kardynał w swej książce „Sól ziemi” stwierdzał, że trzeba się na taką sytuację przygotować (s. 191).

Powyżej przedstawiłem przesłanki mojego rozumowania. Oczywiście jestem otwarty na ich krytykę (nie jestm watykanistą, a to, co się dzieje w Kościele, obserwuję nieco "jednym okiem").

 

Źródła cytatów:

wypowiedzi papieża

Na otwarcie synodu

Na otwarcie pierwszej sesji

 

Kluczowe paragrafy dokumentu końcowego synodu

Odwołuję się też do recenzji książki Austena Ivereigha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” pióra Sławomira Cenckiewicza

Wypowiedź Waltera Kaspera

Deklaracja niemieckich zakonników i zakonnic

Po synodowa deklaracja Bp Coudray: W sprawie rozwodników drzwi zostały otwarte, będą kolejne decyzje

(55)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 4.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
page 1 of 1

Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube
Najczęściej czytane posty
  • No results available

Welcome , today is poniedziałek, 23 października 2017