Nim kanonizują Karola Marksa

Gdy rozpoczynałem pracę na Uniwersytecie (jak ten czas leci, to już 20 lat!) wydawało się, że wymogiem naukowej uczciwości będzie przypominać „Marksa teoretycznego”. Na fali przemian politycznych groziło bowiem zapomnienie wkładu, jaki autor ten do nauki wniósł. Mimo wszystko, w stosunku do wcześniejszych socjologów, w pewnych dziedzinach, był to krok do przodu. Zgadzam się tu z Józefem M. Bocheńskim OP

Marksowska ekonomiczna interpretacja społeczeństwa wydaje mi się jako taka, być dużym postępem w interpretacji zjawisk społecznych. Sformułowana nieco ostrożniej jest z pewnością prawdziwa. Jest bowiem pewne, że myślenie społeczeństwa, a także myślenie pojedynczego człowieka jest w dużej mierze uzależnione od interesów materialnych, od typu życia materialnego. Nie jest być może przyjemne uznać coś takiego, ale tak właśnie jest

Dzisiaj to zagrożenie, jak się wydaje, przeminęło. W Berlinie odsłonięto nowiutki, sprowadzony z Chin pomnik Marksa, a przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker przemawiając w bazylice w Trewirze wygłaszał na jego cześć mowę pochwalną. Jest coraz więcej młodych idealistów, którzy z wypiekami na twarzy zaczytują się w pracach Marksa, wydawane są opracowania, podejmowane próby nowego odczytania i zastosowania do współczesnej rzeczywistości.

Osobiście najbardziej przeraża mnie niefrasobliwość tego wskrzeszania Marksa, oderwanie go od historycznego kontekstu. Sądzę, że nadszedł czas, że trzeba chronić przed zapomnieniem „Marksa praktycznego”. Wszak na praktyce opierała się jego epistemologia.

Dzisiejsi fascynaci marksizmu bardzo szybko przechodzą do porządku dziennego nad pewnym przykrym faktem: wszędzie tam, gdzie usiłowano wprowadzić idee Marksa w życie, kończyło się to niewyobrażalnym terrorem. Oczywiście przypisanie Marksowi winy osobistej za cierpienia i śmierć wszystkich ofiar systemów komunistycznych (szacowaną na 80-100 mln), za gułagi, zniewolenia, represje etc. to może zbytnie uproszczenie, jednak pamięć o tych ofiarach powinna skłonić, zarówno zwolenników jego myśli jak i przeciwników do starannego przemyślenia jego doktryny. Czy jest tak, że myśl Marksa zniekształcono, zmieniono w karykaturę? Czy też każda implementacja marksizmu musi prowadzić do gułagu? Gdzie Marks popełnił ewentualnie błąd?

Niewątpliwie tym, co odróżnia Marksa od innych klasyków socjologii, i o czym trzeba pamiętać, jest to, że nie był uczonym w klasycznym sensie tego słowa, kimś, kto chciał opisać świat, dostarczyć narzędzi jego analizy i wyjaśnienia. Wiemy, z jego biografii, że był działaczem politycznym, aktywistą ruchu komunistycznego, któremu pisał program. System, który stworzył, nie był też do końca po prostu teorią naukową.

Najwyraźniej dostrzegają to religioznawcy: Marksizm z ich perspektywy był systemem quasi religijnej gnozy. Termin gnoza, gnostycyzm, odwołuje się do ruchów z początków chrześcijaństwa, przez Kościół uznanych za heretyckie i faktycznie stanowiących dla niego wówczas potężne zagrożenie. Były to ruchy niezwykle zróżnicowane, jednak miały kilka cech wspólnych: 1) uznawały ten świat za esencjalnie zły, diabelski, podobnie cielesność, materię; 2) winą za stworzenie tego potwornego świata obarczali złego boga, demiurga (w odróżnieniu od dobrego Boga, stwórcy dusz) 3) droga do wyzwolenia duszy uwięzionej w przeklętym ciele było poznanie (gnoza) oraz 4) praktyki wyniszczające ciało (asceza) lub uciszające ciało (rozwiązłość); 5) zmierzało to do przejścia do lepszej, nadprzyrodzonej rzeczywistości. Dokładnie tę samą strukturę miał Marksizm. On również postrzega ten świat za z gruntu zły, widzi w nim głównie relacje wyzysku i przemocy wynikającej ze stosunków własnościowych; odpowiedzialne za to są klasy wyzyskujące, siły systemu, które trzeba obalić; wstępnym krokiem ku temu jest poznanie, wzbudzenie świadomości klasowej u uciskanych. Kto zaznajamiał się z Kapitałem przeżywał doświadczenie typu gnostyckiego, opadnięcie łusek z oczu, postrzegał świat innymi oczyma. Ale świadomość to tylko pierwszy krok, potrzebna jest organizacja i czyn rewolucyjny, poprzez który dokonuje się oczyszczenie świata. Zasadniczą różnicą w stosunku do religijnej gnozy z jednej strony i ruchów apokaliptycznych, jak chrześcijaństwo z drugiej, jest to, że marksizm chce zbawienia na tym świecie (a nie na tamtym, jak gnoza) i ma się ono dokonać rękami samych ludzi (a nie boskimi, jak w apokaliptyce).

Dalszy rozwój ruchu komunistycznego, z traktowaniem dział Marksa i Engelsa a potem też Lenina jako pism świętych, partii jako kasty kapłańskiej, etc.etc., wielu socjologom narzuciło skojarzenie ze swego rodzaju religią czy quasi religią. Nie wykluczone, że sam Marks odczuwał niechęć do takiego traktowania swej koncepcji (odzywał się w nim Marks-naukowiec), powtarzał wszak „nie jestem marksistą”.

Nie zmienia to jednak faktu, że jego teoria była narzędziem zmiany świata, a nie jego opisu. Nie przypadkowo na grobie Marksa wyryto jeden z najgłośniejszych jego aforyzmów, jedenastą z tez o Feuerbachu: „Filozofowie rozmaicie tylko interpretowali świat; idzie jednak o to, aby go zmienić”. Zmiana ta nie miała być ewolucyjna. Marks nie był tak naiwny, by sądzić, że większość ludzi da się namówić do realizacji jego postulatów, jak choćby tych wyrażonych dość wcześnie, w zakończeniu 2 rozdziału Manifestu komunistycznego. Zdawał sobie sprawę, że konieczne jest użycie przemocy, o czym zresztą wprost w zakończeniu Manifestu pisał.

Samo legitymizowanie użycia przemocy nie czyni jeszcze z marksizmu jakiegoś szczególnie straszliwego przypadku w dziejach. Nawet Tomasz z Akwinu usprawiedliwiał zbrojny bunt przeciw tyranii. Tym, co jednak marksizm od innych rewolucji odróżnia jest to, że samo zdobycie władzy poprzez zryw rewolucyjny bynajmniej nie kończy przemocy, nie jest nawet jej apogeum. Jest jedynie jej początkiem. W istocie Marks nie tyle chciał zmienić świat, ale zburzyć świat stary, by na jego miejscu zbudować nowy. Władza, dyktatura proletariatu, jakkolwiek zdobyta (bo dopuszczał również drogę demokratyczną, taką jaką poszedł Hitler), miała być jedynie środkiem do zniszczenia świata, w tym, zniesienia władzy.

Ten element destrukcyjny nie jest tylko dodatkiem do naukowego opisu świata, jest perspektywą przenikającą jego teorię. Dostrzeżemy to wyraźniej, gdy porównamy jego wizję świata społecznego z tą, którą wypracował jego obecny sąsiad (z cmentarza High Gate w Londynie) – Herbert Spencer. Dla Spencera punktem wyjścia są konkretne byty społeczne: społeczeństwa, instytucje, organizacje, przedsiębiorstwa, partie, religie, rodziny. Opierają się one na dobrowolnej lub przymusowej kooperacji, dzięki niej istnieją i zaspakajają potrzeby społeczeństwa oraz swych członków. Rywalizacja oczywiście również ma w tej perspektywie swoje miejsce, ale jest to przede wszystkim rywalizacja między narodami, między partiami, między przedsiębiorstwami, między religiami. Oczywiście Spencer zdaje sobie sprawę, z różnic interesów członków tego samego przedsiębiorstwa (vide opis stronniczości klasowej w Study of Sociology) czy nawet członków tej samej rodziny (w Domestical Institutions), ale siły tego wewnętrznego antagonizmu nie mogą przeważyć nad siłami kooperacji, poprzez którą zaspakajane są realne ludzkie potrzeby.

Tymczasem to właśnie ten antagonizm wewnętrzny przeniesiony na poziom makrospołeczny („Historia wszelkiego społeczeństwa dotychczasowego jest historią walk klasowych”, Man.Kom.) jest osią rozważań Marksa.  Dlatego najważniejszą kategorią analizy staje się klasa społeczna, która dzieli przedsiębiorstwa w poprzek i uwypukla sprzeczność interesów miedzy ludźmi przedsiębiorstwo to tworzącymi. Dlatego właśnie tak ważne jest przekształcenie klas-w-sobie, istniejących „tylko teoretycznie”, będących ledwie statystyczną konstrukcją (jakkolwiek opartą na obiektywnych kryteriach), w klasy-dla-siebie, w podmioty zdolne podjąć walkę z innymi klasami. Takie ujęcie nie wynika – moim zdaniem – z tego, że zdaniem Marksa siły antagonizmu wewnętrznego są tak istotne i tak potężne, ale z tego, że chciał on, aby stały się tak istotne i potężne, aby zdolne były rozsadzić istniejący porządek.

Zburzenie starego, kapitalistycznego porządku marksistom się lepiej lub gorzej udawało. Dlaczego jednak nie kończyło ono tyranii? Dlaczego zbudowanie nowego wspaniałego świata grzęzło w krwi milionów na etapie ledwie przejściowego socjalizmu? Pomijam w tym miejscu ekonomiczną niewydolność centralnego sterowania gospodarką, chcę zwrócić uwagę na inny zupełnie wymiar, element teorii Marksa, który – moim zdaniem – jest fundamentalny dla zrozumienia, nie tylko dlaczego wprowadzenie Marksizmu nigdzie się nie powiodło, i dlaczego zawsze prowadziło do tyranii, ale dlaczego nie może się powieść i musi do tyranii prowadzić.

Jak zauważa Leszek Kołakowski element ten rzadko się analizuje, choć stanowi on jedną z najbardziej charakterystycznych cech jego myśli. Jest on – moim zdaniem – niedostrzegany, gdyż najgłębiej zakorzenił się w naukach społecznych, wiele teorii uczyniło z niego swój fundament, stał się czymś oczywistym. Tym elementem jest pewna cecha jego antropologii filozoficznej, jego rozumienia człowieka.

Koncepcję tę zwięźle wyraża szósta z jego tez o Feuerbachu, gdzie powiada

„istota człowieka to nie abstrakcja tkwiąca w poszczególnej jednostce. Jest ona w swojej rzeczywistości całokształtem stosunków społecznych.”

Jak powiada Kołakowski

„Charakterystycznym wynikiem Marksowskiego prometei­zmu jest niechęć do liczenia się z przyrodniczymi warunkami ludzkiego istnienia, faktyczna nieobecność cielesności ludzkiej w Marksowskim obrazie świata. Człowiek jest całkowicie okre­ślony przez swoje istnienie społeczne; granice cielesne jego by­towania są prawie niezauważalne. W marksizmie niemal nie istnieją takie oto okoliczności życia, że ludzie rodzą się i umierają, że są młodzi albo starzy, że są mężczyznami lub kobietami, że są zdrowi lub chorzy, że są genetycznie nierówni i że wszystkie te podziały mogą wywierać wpływ na rozwój społeczny, niezależ­nie od podziałów klasowych, że stawiają granice ludzkim projek­tom doskonalenia swojego świata. Marks nic wierzy w fundamen­talną skończoność i ograniczoność człowieka, nic wierzy w za­sadnicze granice jego twórczości. Zło i cierpienie pojawiają się jako dźwignie przyszłego wyzwolenia, nic mają własnego sensu, nic są koniecznymi składnikami życia, są bez reszty faktami społecznymi.”

„Ta nieobecność ciała i śmierci, nieobecność płci i agresji, nieobecność geografii i rozrodczości, przekształcenie wszystkich tych okoliczności w fakty czysto społeczne jest jednym z najcharakterystyczniejszych i jednym z najmniej rozważanych składników Marksowskiej utopii.”

O ile Durkheim odciął socjologię od biologii w ten sposób, że uznał, iż socjologia po prostu się tym aspektem nie zajmuje, wpływu tego nie uwzględnia. Marksizm idzie dalej: nie tylko eliminuje biologiczną naturę człowieka, ale zastępuje ją własną konstrukcją – społeczną. U Marksa to, co biologiczne podlega uspołecznieniu, i na tym polega jego zdaniem odrębność człowieka od innych zwierząt, jego wolność, że biologia już go nie ogranicza.

Skoro człowiek jest całokształtem stosunków społecznych, to różne jego „brzydkie” cechy, jak egoizm, pragnienie bogacenia się, walka o władzę, są rezultatem tych stosunków społecznych. Zmieniając zatem stosunki społeczne możemy zmieniać samego człowieka, i nie ma tu w zasadzie żadnych poważniejszych ograniczeń. Skoro najważniejsze dla Marksa są stosunki produkcji czy inne relacje zachodzące w sferze gospodarczej, to zmieniając je (np. znosząc własność prywatną środków produkcji, kolektywizując, uniemożliwiając gromadzenie i dziedziczenie bogactwa) zmieniamy wszystkie inne stosunki i ostatecznie samego człowieka. Marksizm jest więc projektem nowej antropogenezy – i w tym „stary Marks” zachowuje ciągłość z „młodym Marksem”.

W świetle rozwoju wiedzy biologicznej o człowieku, który dokonał się od czasów Marksa, wyników badań neurologii, genetyki behawioralnej, psychologii rozwojowej, badań nad życiem społecznym innych gatunków naczelnych, a także innych zwierząt, trzeba powiedzieć jasno: antropologia ta jest gruntownie fałszywa. Biologiczna natura człowieka istnieje, a kultura, jak to trafnie wyraził słynny historyk starożytności, Walter Burkert podąża po śladach biologii.

Czym jest natura ludzka z perspektywy biologii? – niech wolno mi będzie wyrazić się nieco metaforycznie: jest rezultatem bezimiennej, nieludzkiej, nieugiętej, bezwzględnej tyranii, która każde wykroczenie przeciw swym zarządzeniom każe bezwzględnie śmiercią lub kastracją (co z biologicznego punktu widzenia na jedno wychodzi). Niektóre z tych „zarządzeń” są tak stare, jak samo życie („zdobywaj energię z otoczenia i chroń ją” – 3,5 mld lat), z czasem pojawiają się nowe, uszczegóławiające: nie daj się zjeść, szukaj warunków sprzyjających swemu rozwojowi. Trzymaj się stada, współpracuj z osobnikami ze swojego stada, karz bezlitośnie freeriderów. Naśladuj przywódców, szanuj i nagradzaj tych, co bronią stada. etc.etc.

Takie zjawiska jak wojna, hierarchia społeczna, czy religia, miały być dla Marksa rezultatem „nieludzkiego świata”, antagonistycznych stosunków społecznych wynikających z zawłaszczania przez jedną klasę środków produkcji materialnej. A jednak ślady religii znajdujemy już u Neandertalczyków (400 tys.-25 tys. lat). Brutalne wojny okazjonalnie toczą już szympansy, które oddzieliły się od nasze gałęzi filogenetycznej 6 mln lat temu. Aby znaleźć początki hierarchii społecznej trzeba się cofnąć o 600 mln lat, kiedy nasi przodkowie mieli pięć par odnóży i dopiero zaczynali zdobywać ląd porośnięty pierwotnymi paprociami. Już bowiem mózgi krabów, homarów czy raków poprzez analogiczny do naszego mechanizm serotoninowy odczuwają przyjemność z dominacji nad innymi osobnikami.

Innymi słowy, bezwzględna i bezimienna tyrania karząca śmiercią i kastracją, a nagradzająca seksem i żywnością od 600 mln. lat wytworzyła człowieka takiego, jaki jest.

Jeśli zatem komuś, jak Marksowi, marzy się społeczeństwo bez przemocy, wojen, władzy, bez hierarchii społecznej, musi wiedzieć, z czym się mu przychodzi mierzyć: obawiam się, że oznacza to, że musi być gotów do uruchomienia sił równie bezwzględnych i okrutnych jak te przynajmniej 6 mln lat ewolucji, musi być gotów zabijać i kastrować. Kto wie, może po upływie odpowiednio długiego czasu (kilka tysięcy lat to chyba minimum, by zacząć obserwować jakieś rezultaty, jak to pokazuje wyższe IQ Żydów aszkenazyjskich) uda mu się wyhodować ludzi, którzy w takim pacyfistycznym i egalitarnym społeczeństwie będą szczęśliwi.

* * *

Niedawno papież Franciszek napisał na Twitterze:


Pokazuje to, jak dalece antropologia marksowska przeniknęła do myślenia kościelnego. Wystarczy zmienić stosunki społeczne (zakazać broni), aby zniknęły wojny!

Muszę przyznać, że dawne nauczanie Kościoła było bardziej sensowne. Wojnę uznawało za konsekwencję skażenia natury ludzkiej grzechem pierworodnym, w związku z czym zaprowadzenie wiecznego pokoju zostawiało Bogu, bo i też boskiej w istocie mocy potrzeba, by zmienić naturę ludzką. Starało się miast tego skupić na cywilizowaniu tego, co nieuniknione.

To, co napisałem o Marksie, stosuje się do każdej utopii, która abstrahuje od realnych (czyli cielesnych) ludzi i projektuje świat dla aniołów, świętych czy abstrakcyjnych „obywateli”. To się musi źle skończyć.

(237)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Czy Sobór Watykański II pomógł, czy zaszkodził Kościołowi

Wykład, który wygłosiłem 24 kwietnia 2018 dla Pracowni Pytań Granicznych. Był okazją do rozwinięcia tez artykułu z „Przeglądu Religioznawczego” (oryginał: http://hdl.handle.net/10593/20427 )

(43)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Czy możliwy jest umiarkowany islam i wojownicza religia miłości?

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 25 lipca 2016
Comments: 3 Comments
Tags: , ,
Categories: Obserwacje, komentarze

Kontynuując rozważania z poprzedniego wpisu postawmy – jako problem socjotechniczny – pytanie: czy da się „wyhodować” umiarkowany islam i jak to zrobić? Nie mam tu na myśli populacji umiarkowanie islamistycznej, takiej, która wprawdzie sama nie dokonuje zamachów terrorystycznych, ale 2/3 z niej nie zadzwoniłoby na policję wiedząc, że ich znajomy taki przygotowuje (jak obecnie w GB). Chodzi o w miarę spójny, kulturowo dziedziczony, społecznie akceptowalny w naszej kulturze islamski system religijny, a nie jego akceptowalne przejawy.

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest prosta: da się. Polakom się to swego czasu udało, czego przykładem są Tatarzy. Moim zdaniem, aby taki eksperyment się powiódł muszą być spełnione dwa warunki: ewoluować w kierunku wygaszenia tendencji niezgodnych z normami uznawanymi przez ogół społeczeństwa zacznie izolowana wspólnota muzułmańska w warunkach znaczącej i odczuwalnej przewagi militarno-policyjnej. Gdy każdy akt przemocy z jej strony spotka się z bezwzględną odpowiedzią przemocową (co ważne – obejmującą nie samych sprawców, ale całą współodpowiedzialną wspólnotę), jest szansa, że grupa z takich aktów zrezygnuje (najpierw tymczasowo, wreszcie definitywnie). Gdy będzie miała dodatkowo w tym interes, to proces będzie przebiegał szybciej. Ważne jest jednak, by była to grupa izolowana od wspólnot muzułmańskich żyjących w innych warunkach i mogących rozwijać bardziej dosłowne interpretacje „wersetów miecza”. Wszelki przepływ idei udaremni bowiem wysyłek reformatorskich myślicieli.

Myślę zresztą, że mistyczna reinterpretacja „wersetów miecza” nie musi być najlepszym możliwym rozwiązaniem. Znacznie wartościowsza – z ogólnospołecznego punktu widzenia – byłaby jakaś reinterpretacja pojęcia ummy, wspólnoty muzułmańskiej, tak by rozciągnąć je na całe społeczeństwo, do którego wspólnota muzułmańska należy, by muzułmanin traktował jako jej członka nie tego, kto podziela wspólną z nim wiarę, ale tego, kto przynależy do wspólnoty szerszej, narodowo/państwowej. Wówczas muzułmanie mogliby dla wspólnego dobra wprowadzić do naszej kultury nieco powiewu wojowniczości, przydatnego jak sądzę w tych niespokojnych czasach. Czy na gruncie teologii muzułmańskiej da się coś takiego wypracować? Nie mam pojęcia. Faktem jest, że Tatarzy walczyli w szeregach polskiej armii. Niedawno zresztą prezydent odznaczył jednego z nich. W ten sposób niebezpieczne inklinacje islamu można by ujażmiwszy zaprząc do działań dla wspólnego dobra.

Tak czy inaczej – w Polskich warunkach i w kontekście debaty o przyjmowaniu uchodźców – pomysł, by muzułmańskimi uchodźcami opiekowały się katolickie parafie (swego czasu, jeszcze przed słynnym apelem Franciszka wystąpił z nim abp. Gądecki) jest zupełnym nieporozumieniem. Jeśliby Polska zdecydowała się jednak jakichś przyjąć, to jedyne sensowne rozwiązanie to takie, aby przyjmowały ich (o ile się na to zgodzą) wspólnoty tatarskie i to tylko tylu, ilu nie zagrozi ich spójności. Powinny oczywiście otrzymywać na ten cel środki i wszelką potrzebną pomoc logistyczną.

Wszystko to wymaga jednak przezwyciężenia pewnego przesądu, upowszechnianego zresztą przez Kościół – że wszystkie religie są dobre, że państwo ma obowiązek je chronić i nie ma prawa ich oceniać. Oczywiście państwo nie może oceniać, czy religia jest prawdziwa czy fałszywa. Może jednak oceniać społeczne czy indywidualne skutki jej praktykowania.

Poprzedni wpis zakończyłem wskazaniem też drugiego nieszczęścia naszych czasów – zdziecinniałego chrześcijaństwa, które utraciło już wszelkie zęby, czy nawet tolerancję na sytuację konfliktu. Trudno już nawet o porządną teologiczną dysputę – teraz toczy się dialog. Nawet spadkobierczyni Świętej Inkwizycji – Kongregacja Doktryny Wiary toczy dialog z heretykiem zanim raczy zastosować wobec niego jakieś środki dyscyplinujące. Heretykom się to oczywiście podoba. Dla mnie – stojącego z zewnątrz – jest to tylko kolejny przejaw bezzębności. Ale spójrzmy na ten problem podobnie, jak na poprzedni: czy – hipotetycznie – dałoby się wyhodować chrześcijaństwu jakieś zęby, aby jak za dawnych czasów stawało w obronie, bodaj własnych wyznawców, dostarczało jakichś uzasadnień wojnie bodaj tylko sprawiedliwej, obronnej? Jeśli chodzi o Kościół katolicki – jestem pesymistą. Wynika to z kilku faktów (o innych zresztą pisałem w swojej książce): Kościół jest obecnie za duży, aby móc zmienić kierunek nadany mu przez Jana XXIII, zdecydowana większość biskupów wychowana została w atmosferze „ducha soboru”. Na ostatnim, przypominam, Synodzie ds Rodziny większość głosowała już za dowartościowaniem związków jednopłciowych. Teoretycznie mogłaby się dokonać w ramach Kościoła konserwatywna schizma (sądzę zresztą, że prędzej czy później się dokona). Ale powrót do przeszłości, jaki postulują niektórzy konserwatyści, nie rozwiąże podstawowej trudności, która cały kryzys zrodziła. Czy da się jeszcze – na serio – uzasadniać np. poszczególne sakramenty słowami Jezusa, co do których – w świetle badań historycznych – wiadomo, że nie niosły ze sobą takiego sensu? Kościół na swoje nieszczęście nie podjął rękawicy, jaką rzuciła mu historyczna rewolucja na naukach humanistycznych. Pierwotnie się od niej odciął (wrzucając do worka z „modernizmem”), a ostatecznie uległ. Francuska „nowa teologia” użyła historii by obalić historię, w imię tego, co było „na początku” podważono to, co nastąpiło potem. Z faktu, że doktryna ewoluowała uczyniono oręż przeciw tradycji. Tradycja była wobec tego bezbronna, gdyż – taka jak ci reformatorzy – deifikowała „to, co było na początku”. Czy można było inaczej? Nie orientuję się w teologii na tyle mocno, by dać jednoznaczną odpowiedź, dla ciekawych – polecam przeczytać co o chrześcijaństwie, Jezusie, apostołach i Pawle napisał w swej Filozofii religii Hegel. W skrócie: jego propozycja polega na tym, by potraktować serio obietnicę Jezusa, że Kościół zostanie dopiero oświecony przez Ducha św. Konsekwencją tego byłoby przyznanie, że nie tylko Jezus nie wiedział wszystkiego, że mógł się mylić czy nie objawić wszystkiego, podobnie apostołowie, że dopiero Kościół pod nadprzyrodzonym przewodnictwem mozolnie do prawdy dochodzi. To uczyniłoby Kościół odpornym na wszelkie badania historyków, bo jakie to ma znacznie, co Jezus „naprawdę” powiedział? Liczyłoby się tylko to, co Kościół – swego rodzaju Bóg na ziemi – aktualnie naucza. Ale czy dziś, po tym wszystkim, co się w Kościele dzieje po Janie XXIII, ktoś mógłby na serio twierdzić, że Kościół jest konsekwentnie prowadzony przez Ducha św.? To już pytanie zostawiam samym katolikom. (Nie wiem, co mnie pokusiło, by grzebać w ich działce. Na szczęście, biorąc pod uwagę, że specjalnie życzliwie do chrześcijaństwa nie jestem nastawiony, najpewniej nie posłuchają moich rad wink ).

Inaczej oczywiście wygląda sytuacja w obrębie niemożliwie zróżnicowanego protestantyzmu. Tam wojujących odmian chrześcijaństwa z pewnością nie zabraknie. Zwłaszcza wśród tych, które nie uznają bezwzględnego prymatu hermeneutycznego Nowego Testamentu nad Starym. Niestety, nie gwarantują one że będą bardziej znośne niż salafici.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

(120)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Zabójcza religia pokoju i pacyfistyczna religia wojny

Wczoraj katolicka Wspólnota św. Idziego, przedstawiła program kolejnego spotkania religii w Asyżu, które ma odbyć się w dniach 18-20 września. Kard. Kurt Koch, przewodniczący Papieskiej Rady Popierania Jedności Chrześcijan, podkreślił, że spotkanie to powinno udowodnić, iż „bliźniaczą siostrą religii nie jest przemoc, ale pokój”. Słowo pokój odmieniano przez wiele przypadków i za wszelką cenę starano się go przykleić do słowa "religia". Ostatnio, z zamachem na zamach, jest to coraz trudniejsze. Coraz trudnie obstawać, jak swego czasu (po pierwszych zamachach w Paryżu) kard Jean-Louis Tauran, że nawet jak zamachowiec krzyczy Allahu akbar, to nie oznacza, że ma to jednoznaczny związek religią. Dla tego typu myślenia oczywiście nie ma, bo religia jest siostrą pokoju, a zatem co jest bratem wojny, na pewno nie jest religią. Proste?

Porzucając rozwiązania czysto werbalne: czy zatem islam jest, czy nie jest "religią pokoju". Cały szkopuł w tym, aby najpierw wyjaśnić, co to oznacza "religia pokoju". Weźmy dla porównania chrześcijaństwo. Religie tego rodzaju (jak islam, chrześcijaństwo, buddyzm) mają dwa istotne punkty odniesienia, są to czyny i nauczanie założyciela. Czy celem działalności Jezusa był pokój? Sądząc wedle jego słów – bynajmniej. Wprost stwierdza: "Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz" (Mt:10,34). Sam Jezus, z tego, co podają ewangelie, nikgo nie zabił. Jeszcze. Przypomnijmy, że ostatnia księga Biblii zapowiadająca jego powrót wręcz ocieka krwią. Chrześcijanie czekają więc na wojnę, na ostateczne starcie armii Boga z armią szatana, na pokaranie niewiernych i niesprawiedliwych. To jest, jeśli można tak powiedzieć, odległy cel chrześcijaństwa. Kluczowe są jednak środki. Sam Jezus błogosławił wprowadzających pokój (Mt:5,9), zalecał uczniom wyrzeczenie się przemocy, nadstawianie drugiego policzka, miłowanie swoich wrogów etc. Wygląda to na sprzeczność: celem wojna a środkiem radykalny pacyfizm? Nie wiem, jak to się w głowie samego Nazarejczyka zgadzało, ale niewątpliwie najnowsza historia Europy pokazuje, że nie jest to żaden absurd. Jest to proste odwrócenie starożytnej maksymy "Si vis pacem, para bellum". A zatem – jeśli pragniesz wojny – rozbrój się i głoś, że pokój jest dla ciebie najwyższą wartością (co oznacza, choć zwykle się tego nie dopowiada, przynajmniej w kościelnych kazaniach, że gotów jesteś dla niego wszystko poświęcić, majątek, wolność, nietykalność bliskich, życie). Wystarczy potem czekać. Gwarantuję, że kogoś taka okazja skusi. Nieprzypadkowo najwięcej masowych mordów w USA dokonuje się w gun-free-zones, którymi jako pierwsze stały się szkoły. Nawet przeciwnicy liberalnego prawa do posiadania broni nie są chętni by zamieścić przed swym domem informację, że jest on gun-free, słusznie spodziewając się, że zachęci to do włamania.

Wracają do tematu. Jak to wygląda w przypadku islamu? Islam nie ma na celu wojny lecz pokój. Najlepszy z możliwych, ogólnoświatowy. Ważne jest jednak jak się ten pokój rozumie i jakimi środkami do niego dąży. Pokój w rozumieniu islamu zapanuje wówczas, gdy zniknie sfera Dar al-Harb (dom wojny) a wszędzie rozciągać się będzie Dar al-Islam, czyli gdy wszyscy ludzie podporządkują się prawu Allaha. Co do środków natomiast, to wiadomo, że Muhammada miecz nie palił w rękę, Nie jest również żadną tajemnicą, że nowsze sury Koranu (medyńskie) zawierają sporo "wersetów miecza", w przeciwieństwie do pokojowych sur powstałych w Mekkce. O ile więc Jezusowe wezwania do niestosowania przemocy unieważniły starsze wezwania Mojżesza do wojny, o tyle nowsze wezwania do wojny unieważniają w teologii islamu starsze wezwania do pokoju.

Pytanie zatem nie powinno brzmieć: "dlaczego niektórzy muzułmanie zabijają w imię swej religii?", ale "dlaczego większość tego nie robi?". Znowu pomocne okaże się porównanie z chrześcijaństwem. Jezus doradzał rozdanie swego majątku ubogim, pochwalał tych, którzy dla Królestwa Niebieskiego czynią się eunuchoi, a jednak większość chrześcijan tak nie postępuje. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że religia nie dla wszystkich ludzi jest najważniejszą sprawą w życiu (dotyczy to tak muzułmanów jak chrześcijan). Po drugie zaś dlatego, że religie podlegają ewolucji. Proces ten opisał przekonująco Max Weber w ramach swych rozważań o ucodziennianiu charyzmy. Przesłanie charyzmatycznego proroka zwykle nie liczy się zupełnie z realnymi uwarunkowaniami. "Skoro Bóg mi tak powiedział, to taka jest prawda i koniec". Ale już od momentu śmierci założyciela (czasem wcześniej – jak w buddyzmie, czasem później) jego uczniowie muszą zmierzyć się z rzeczywistością, skonfrontować nauczanie z wymogami życia codziennego. Gdy ma się dzieci, trudno zrezygnować z posiadania jakiejkolwiek własności, płaczący niemowlak nie zrozumie, że "prorok kazał", a wobec jego rozdzierającego płaczu wszelkie zalecanie proroka bledną. Jeśli chodzi o nasz problem, dla chrześcijaństwa kluczowe było zyskanie popularności w armii rzymskiej i w rezultacie jego legalizacja przez Konstantyna oraz upaństwowienie przez jego następców. Gdy religia stała się sprawą politycznie istotną, musiała jakoś pogodzić się z mieczem. W średniowieczu rozwijano zatem różnego rodzaju relatywizacje pierwotnego pacyfizmu Jezusa (zwł. doktryna wojny sprawiedliwej) i ostatecznie, gdy chrześcijaństwo nauczyło się żyć z wojną (nierozłącznym elementem istnienia naszego gatunku) krucjaty stały się możliwe. Podobnie, choć odwrotnie z islamem. Gdy zderzył się z przeważającym oporem europejskich armii musiał pogodzić się z pokojem. Rozwijano wówczas różne reinterpretacje wersetów miecza zgodnie z którymi w dżihadzie chodzi o "walkę wewnętrzną". Z naszego punktu widzenia, był to najlepszy czas islamu, rozkwit kultury i nauki arabskiej.

Mówiąc brutalnie, przekraczając granice dobrego smaku etc. i wykraczając już daleko poza okolice nauki: dramat dzisiejszych czasów polega na tym, że obie religie na starość zgłupiały. Głupiejący starzec zwykle dziecinnieje – podobnie chrześcijaństwo od czasu Jana XXIII zaczęło wracać do okresu swego dzieciństwa i wielbić pokój niemal na równi ze swoim Bogiem. Wyrzekło się rozsądnych rozwiązań wypracowanych w poprzednich wiekach i zaczęło otwierać wszystkie istniejące oraz wybijać nieistniejące drzwi i okna. Niestety, również w nie do końca swoich domach. Trudno się zatem dziwić, że w islamie z kolei popularność zyskuje wracająca do korzeni szkoła wahabicka. Si vis bellum…

 

 

 

(200)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 1.0/10 (1 vote cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Głos Kościoła katolickiego w Polsce w debacie o przyjmowaniu uchodźców – wykład

Poniżej link do mojego wykładu dla Pracowni Pytań Granicznych o stanowisku polskiego Kościoła w debacie nt. przyjmowania uchodźców. 

 

(50)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 5.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Między ksenofobią a ksenofilią

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 2 listopada 2015
Comments: 2 Comments
Tags: , , , ,
Categories: Obserwacje, komentarze

Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Socjologicznego opublikował 29 września br. (w imieniu nie tylko swoim, ale całego „środowiska socjologicznego”) „stanowisko w sprawie uchodźców”. Czytelnik nie znajdzie w nim jednak rzetelnej naukowej analizy aktualnego problemu, choć mógłby się tego spodziewać po stowarzyszeniu, bądź co bądź naukowym. Stanowisko to jest smutnym świadectwem, że klasyczny Weberowski paradygmat zalecający oddzielenie wartościowania i osobistych poglądów politycznych od nauki okazuje się nie przystawać do burzliwych czasów, w jakich przyszło nam żyć. Rzeczywistość domaga się zajmowania stanowiska już teraz, tymczasem, jak zauważył Hegel, „sowa Minerwy wylatuje [dopiero] o zmierzchu”. Zrozumiałe jest, że socjologowie nie zdążyli przeprowadzić gruntownych ani nawet jakichkolwiek badań nad obecną falą migracji. Nie jest zrozumiałe natomiast, dlaczego mimo to zabierają głos w majestacie nauki. Nie odwołują się nawet do tej wiedzy, którą już mamy dzięki organizacjom pozarządowym, urzędom czy instytucjom międzynarodowym (ONZ, Frontex). Pewnej wiedzy (zgoda, nie najlepszej, ale lepszej niż żadna) dostarczyć by mógł zarówno poszerzony przegląd prasy zagranicznej, jak i amatorskich relacji dokumentujących obecną falę migracyjną. Zamiast tego otrzymujemy pouczenie w tonie kazania, które zresztą narusza moim zdaniem Kodeks Etyki Socjologa (p. 39, 40, 44). Szkodliwość tego oświadczenia dla samego środowiska socjologicznego to jednak osobny temat, nad którym nie chcę się tu rozwodzić.

Głos ksenologa

Tylko w jednym miejscu znajdujemy odwołanie do faktycznej wiedzy socjologicznej. W trzecim akapicie autorzy „Stanowiska” stwierdzają: „Studia nad migracjami i ich skutkami, zarówno dla samych migrantów, jak i społeczeństw z których pochodzą i do których przybywają, są ważną częścią dorobku polskiej myśli socjologicznej”. Wspomniane są tu badania klasyka socjologii, Floriana Znanieckiego przeprowadzone z Williamem I. Thomasem nad losami polskich emigrantów w Europie i Ameryce po pierwszej wojnie światowej oraz jego praca Studia nad antagonizmem do obcych (1931).

Z samego faktu, że socjologowie od dawna badają jakieś zjawisko nie wynika jednak absolutnie nic, co uzasadniałoby pozytywny do niego stosunek. Cóż bowiem wówczas począć z badaniami nad zorganizowaną przestępczością czy (cokolwiek zaniedbaną) socjologią wojny? Kontekst tej wypowiedzi nieszczęśliwie może też sugerować, iż socjologowie dlatego popierają migracje, aby mieć co badać (jak na to zwrócił uwagę w swym publicznym liście do PTS prof. Wojciech Zieliński). Co gorsza jednak, sama treść wspomnianych klasycznych dzieł pozwala postawić przy tezach „Stanowiska” kilka poważnych znaków zapytania. Jak zauważa prof. Izabella Bukraba-Rylska obraz polskiego chłopa zaprezentowany przez Znanieckiego i Thomasa mógł raczej zniechęcić władze USA do przyjmowanie migrantów z terenów Europy środkowej niż uzasadniać politykę otwartości [Stanowiska ww prof. w komentarzach na FB pod wpisem o OWU].

Jeszcze ciekawsza, bo bardziej uniwersalna jest druga ze wspomnianych prac Znanieckiego. Wbrew kontekstowi, w jakim umieścił ją ZG PTS niewiele jest tam uwag poświęconych „ksenofobii”. Sam ten psychiatryzujący termin używany dziś w charakterze młota na myślących niepoprawnie, w pracy tej zresztą nie występuje. Znaniecki wspomina natomiast o „przesądach grupowych” („rodowych, rasowych, narodowych, kościelnych, klasowych etc.”), a to, co pisze jest wielce pouczające: „Przesądy nie są to bynajmniej błędne sądy i nieuzasadnione oceny wynikające z niedostatecznej znajomości obcej grupy, lecz aktywne dążności obronne grupy, przeciw ewentualnej duchowej łączności z obcą grupą” [s.349n]. Znaniecki zastanawiał się, jakie są faktyczne źródła antagonizmu do obcych, a jego koncepcja dostarcza narzędzi myślowych do odróżnienia tego, co można by ewentualnie uznać za „przesądy” od uzasadnionego antagonizmu obronnego.

Kim są obcy?

Według Znanieckiego obcość wywołuje postawy antagonistyczne w zasadzie nieuchronnie, dlatego tak ważne jest zrozumienie kogo i na jakiej podstawie ludzie (jako jednostki czy grupy) uznają za obcych.

Podstawowym warunkiem zaliczenia kogoś do kategorii „obcy” jest, zdaniem Znanieckiego, zaistnienie jakiejś – bezpośredniej lub choćby pośredniej – styczności społecznej. Jest to oczywiste, trudno uznać kogoś za obcego, o istnieniu kogo w ogóle się nie wie, a jeśli nawet, to jego istnienie nie pociąga za sobą żadnych skutków dla naszych wartości. Zdarzają się wprawdzie plemiona wrogo nastawione do wszelkich obcych a priori, które chyba jako jedyne można by uznać za „ksenofobiczne”, choć i ta postawa zwykle ma swe źródła w historii dotychczasowych kontaktów z przybyszami z zewnątrz. Czy społeczeństwo polskie można do takich ksenofobicznych grup zaliczyć? Badanie CBOS z 2015 roku nad stosunkiem Polaków do innych narodów wskazuje, że postawa ta jest zróżnicowana w zależności od nacji. W odniesieniu do niemal wszystkich narodów (za wyjątkiem Rosjan, gdzie 50% Polaków deklarowało niechęć) przeważa stosunek pozytywny bądź obojętny. Do zdecydowanej większości narodów europejskich większość Polaków odnosi się z sympatią. Podobnie rzecz się ma z tak geograficznie i kulturowo odległym od nas narodem jak Japończycy [CBOS 14/2015]. Samo to zróżnicowanie dowodzi, że nie może być mowy o jakimś irracjonalnym wrogim nastawieniu w odniesieniu do wszelkich obcych czy uogólnionego obcego. Zróżnicowanie wynika z uprzednich i aktualnych styczności społecznych.

Naturalnie styczności społeczne mogą być krótkotrwałe i powierzchowne, a w rezultacie prowadzić do uproszczonych bądź jawnie fałszywych przekonań na temat obcych. Ideologia multikulturalizmu zakłada, że właśnie tu leży źródło wszelkich antagonizmów, że wystarczy skłonić lub nawet przymusić reprezentantów różnych kultur do częstszych i bliższych relacji, by uświadomili sobie, iż „to, co łączy” zdecydowanie przeważa nad „tym, co dzieli”. Stosunek Polaków do muzułmańskich emigrantów ma być irracjonalną ksenofobią właśnie dlatego, że przecież Polacy nie mieli z tymi muzułmanami żadnej styczności. Argumentacja taka pomija kilka istotnych faktów: ponad 2 mln Polaków całkiem niedawno znalazło się w krajach, gdzie mniejszości muzułmańskie są już zauważalne i żyją w wyodrębnionych enklawach, manifestując swą odmienność w przestrzeni publicznej. Sama emigracja  nie przerwała automatycznie więzi społecznych z rodakami pozostającymi w III RP. Nie tylko udostępniają oni swe obserwacje krewnym przy okazji sporadycznych wizyt, ale utrzymują kontakt z przyjaciółmi i znajomymi za pośrednictwem rozmaitych kanałów komunikowania elektronicznego. Portale społecznościowe pozwalają na znacznie szerszy i szybszy przepływ informacji niż tradycyjna plotka przekazywana z ust do ust. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że coraz więcej Polaków deklaruje, iż zna jakiś język obcy w stopniu komunikatywnym (w 2012 roku było to już 51%, a liczba ta stale rośnie), możemy znacząco powiększyć ilość źródeł informacji pośredniej. Nawet, jeśli stosunkowo nieliczna grupa użytkowników Internetu korzysta z zagranicznych serwisów czy utrzymuje międzynarodowe kontakty, to uderza szybkość z jaką pod obcojęzycznymi filmami udostępnianymi w sieci pojawiają się polskie napisy. Dochodzą do tego coraz częstsze, choć krótkotrwałe styczności bezpośrednie. Według CBOS (badania z 2012) ponad 2/3 Polaków odbyło przynajmniej jedną podróż zagraniczną, najczęściej turystyczną. Fakt, że mimo braku zauważalnej mniejszości muzułmańskiej powstał u nas oddział ruchu PEGIDA czy liczne strony antyislamskie tłumaczy się zatem nie tyle zaściankową ksenofobią Polaków, ale faktem, że w dużej mierze uczestniczą oni w ogólnoeuropejskiej świadomości społecznej.

Nie oznacza to naturalnie, że świadomość ta w sposób poprawny odzwierciedla rzeczywistość. Może być (i często jest) przecież zmanipulowana, poddana wpływowi emocjonalnej argumentacji, wyrwanych z kontekstu twierdzeń czy – obecnie częściej – obrazów.

Skąd wrogość między kulturami?

W ramach teorii Znanieckiego, mówiąc w pewnym uproszczeniu, antagonizm do obcych rodzi się w wyniku uznania, że drugi uczestnik styczności społecznej (jednostka czy grupa) nadaje istotnym wartościom kulturowym odmienne znaczenie niż członek grupy i dlatego właśnie uznawany jest za obcego. Kultura nie jest monolitem, składa się z pewnych układów wartości, stąd też obcość może pojawiać się w jednych układach, a nie występować w innych. Mogę podzielać gust estetyczny z osobami o innym wyznaniu, współpracować na gruncie gospodarczym z członkiem innych grup rodzinnych albo współuczestniczyć w ceremoniach religijnych z członkami obcej narodowości. Zrozumiałe jest, że w ramach społeczeństw należących do tej samej cywilizacji możliwa jest większa liczba kontaktów w ramach zbieżnych układów wartości niż z członkami cywilizacji zorganizowanych wokół zupełnie odmiennych wartości. Wynika z tego wniosek, że pewne kultury mogą dość harmonijnie współistnieć w ramach jednego społeczeństwa przy zachowaniu swojej odmienności, a w przypadku innych może się to okazać niemożliwe. Tutaj właśnie pojawia się najistotniejsze zadanie dla socjologów i badaczy kultury. Zamiast bezmyślnie akceptować dogmaty ideologii multikulturalizmu i relatywizmu kulturowego (głoszącego, że żadna kultura nie jest zła ani dobra obiektywnie) należałoby przeprowadzić szczegółową analizę, która nie tylko pokazałaby czy w danym konkretnym przypadku (a przecież nawet kultury cywilizacji islamskiej są bardzo zróżnicowane) taka koegzystencja jest możliwa, ale też wskazała główne pola napięć czy konfliktów między kulturami, co posiada fundamentalne znaczenie praktyczne.

Spróbujmy choć wstępnie przeanalizować przypadek szczególnie dziś nas interesujący: relacji między cywilizacją islamu a cywilizacją europejską. Jeśli uwzględnimy najważniejszy wartości naszej cywilizacji, nie będzie trudno wykazać, że informacje, które przeciętny Polak posiada na temat islamu w pełni uzasadniają reakcję w postaci antagonizmu obronnego. Nie da się pogodzić oparcia prawa na rozumnym konsensusie z nadprzyrodzonym autorytetem prawnym księgi napisanej kilkanaście wieków temu. Nie da się realizować wartości, jaką jest równość i godność kobiet w ramach kultury poligynicznej, która czyni z kobiety przedmiot własności mężczyzny, przy czym uprawnienie to rozciąga się też na akty fizycznej przemocy. W jaki sposób, zapytuję zwolenników multikulturalizmu, możliwe jest współistnienie w ramach jednego społeczeństwa kultury, która za gwałt karze więzieniem gwałciciela z kulturą, która za gwałt karze zgwałconą? Jak pogodzić naszą wolność naukową czy artystyczną z kulturą, w której instrumentem krytyki literackiej czy dyskusji teologicznej jest nóż albo karabin maszynowy? Trudno wyobrazić sobie harmonię między kulturą, która zakazuje jakiejkolwiek przemocy wobec dzieci z kulturą, która nakazuje wycinanie dziewczynkom łechtaczek. Nie bez znaczenia dla codziennych kontaktów jest też to, że zarówno alkohol, jak i trzymane przez nas psy obłożone są w islamie religijnym tabu.

Rozwiązanie pozorne

Naturalnie da się wykazać pewne punkty, gdzie kontakty takie są możliwe, a mogą być nawet korzystne dla obu stron. Dotyczy to przede wszystkim ekonomii. Można podejrzewać, że motywy ekonomiczne, nadzieja na tanią siłę roboczą, były jednym z czynników skłaniających kraje zachodnioeuropejskie do otwarcia na emigrantów. A jednak życie ludzi nie sprowadza się wyłącznie do tej sfery. Co więcej, sfera ta może być odmiennie usytuowana w hierarchii wartości. Kulturowe, w tym religijne, uwarunkowania działalności ekonomicznej, badane szeroko przez socjologów od czasów przynajmniej Maxa Webera mogą okazać się tu decydujące. Warto wysłuchać dostępnego w Internecie kazania szejka Jusufa al-Kardawiego na temat podejścia muzułmanów do gospodarki. Ubolewa on na tym, że rozwój krajów islamskich, mimo olbrzymich bogactw naturalnych, jakimi wiele z nich dysponuje, zablokowany jest przez niską wydajność i kulturę pracy. Średni czas pracy na państwowych posadach w tych krajach, według przytaczanych przez niego badań wynosi 27 minut dziennie. Samo wysokie wartościowanie bogactwa to jeszcze za mało, gdyż, jak podkreślał Weber, jest ono wspólne dla „kelnerów, lekarzy, woźniców, artystów, kokot, sprzedajnych urzędników, żołnierzy, bandytów, krzyżowców, klientów jakiejś gry, żebraków.… wśród all sorts and conditions of men”. Nikt nie może dziś dać gwarancji, że napływające masy zechcą podjąć pracę i łożyć na emerytury tubylców, że nie narzucą innych zgoła warunków współzależności ekonomicznej, która skuteczniej zaspokoi ich pragnienie bogactwa.

Politycy, którzy wierzą, iż przy pomocy emigrantów uda im się uratować własny kraj od zapaści demograficznej, muszą zdać sobie sprawę, że nie tyle ratują własny kraj, co tworzą zupełnie nowy. Rozwiązanie problemów demograficznych imigracją nie jest faktycznym zmierzeniem się z wyzwaniem, ale raczej przykrywaniem go, co zwalnia z szukania przyczyn zapaści. Rozwiązania takie mogą skutkować na krótką metę, wiążą się jednak z trudnymi do oszacowania kosztami ubocznymi. W społeczeństwach tradycyjnych (a dotyczy to ciągle wielu krajów islamskich) myśl o własnej przyszłości wiąże się w sposób konieczny z myślą o dzieciach, które zaopiekują się rodzicami na starość. Powszechny na Zachodzie system ubezpieczeń społecznych ten naturalny związek zrywa. Myśl o przyszłości wiąże się w sposób konieczny z funduszami emerytalnymi, ale niekoniecznie z dziećmi. Również rządzących wybiera się pod kątem tego, co nam są w stanie dać, nie zaś jaki kraj pozostawią naszym dzieciom. Jeśli nie uda się przełamać tego myślowego schematu, np. uzależniając odwrotnie proporcjonalnie wysokość składki emerytalnej od liczby dzieci, trudno doszukać się przesłanek do optymizmu. Również bowiem muzułmanie, o ile ulegną asymilacji (wariant optymistyczny), podlegać będą wpływowi tego samego systemu. W wariancie pesymistycznym staną się jedynie tego systemu obciążeniem.

Skąd te emocje?

Jak pisałem, antagonistyczny stosunek do muzułmańskich migrantów jest racjonalny w świetle tego, co wiemy o ich kulturze. To, co zaskakuje, to skala i intensywność protestów społecznych. Antyimigranckie manifestacje, które wystąpiły na ulice wielu polskich miast swą liczebnością uczestników wielokrotnie przekraczają domniemaną liczbę migrantów. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że dowodzi to irracjonalności uprzedzeń do przybyszów, przecież nawet, gdyby wszyscy narzuceni Polsce tu faktycznie zamieszkali, to większość manifestantów nie miałaby okazji, by ich kiedykolwiek bodaj spotkać.

Zastanawiający jest fakt, że 28% Węgrów, według sondażu Nézőpont Intézet popiera unijne kwoty imigrantów, podczas gdy podobnego zdania jest (wg sondażu IBRIS) tylko 16% Polaków. Pozwala to postawić hipotezę, że jednym z głównych czynników wzbudzających lęk przed imigrantami jest kondycja państw europejskich. Internet obiegł symboliczny obraz z granicy niemieckiej. Kilkoro funkcjonariuszy straży granicznej usiłowało zagrodzić drogę zbliżającej się grupie kilkudziesięciu imigrantów. Grupa ta zatrzymała się słysząc stanowcze polecenia strażników, przez chwilę stała niepewnie, aż wreszcie pierwsza osoba najzwyczajniej przeszła pod ręką granicznika, a za tym przykładem poszli wszyscy inni. Reprezentanci państwa niemieckiego opuścili ręce i wrócili na posterunek. Obraz ten symbolicznie ukazuje obezwładnienie państw zachodnioeuropejskich ideologią poprawności politycznej i multikulturalizmu. Wiadomości o liczbie gwałtów popełnianych w Szwecji czy Anglii przez imigrantów mogą przerażać. Ale znacznie bardziej przeraża fakt, że władze ukrywają te fakty, a czasem nawet przymykają na nie oko (jak w mieście Rotherdam). Lęk mogą budzić islamskie patrole w Londynie czy Marsylii, ale jeszcze większy budzi fakt, że szwedzka policja w swym raporcie przyznaje, że nad 55 obszarami utraciła kontrolę. Przerażeniem mogą napawać egzekucje dokonywane w Lewancie pod czarnym sztandarem Państwa Islamskiego, ale równie przerażający jest fakt, że czarny sztandar dżihadu powiewa na chronionych kordonem policyjnym muzułmańskich manifestacjach w Londynie. Zdaniem Webera cechą odróżniającą państwo od innych wspólnot politycznych jest posiadanie na określonym terytorium monopolu na stosowanie prawomocnej przemocy. Wszystkie te informacje i obrazy uświadamiają Europejczykom, że ich państwa z tego monopolu rezygnują, a co gorsza, że w sytuacji konfrontacji z imigrantami, obowiązująca w europejskich elitach ideologia każe policji stanąć po stronie „obcych”. Tym większą obawę mogą żywić obywatele naszego „teoretycznego” państwa, które w ostatnich latach wielokrotnie wykazało jak mało jest asertywne i sprawne.

Można podejrzewać, że nastawienie do emigrantów byłoby zupełnie inne, gdyby władze państwowe jasno i stanowczo określiły zasady, którym – jako goście – muszą się podporządkować, gdyby bezwzględnie reagowały na wszelkie próby zawłaszczania przez już osiadłych przestrzeni publicznej i egzekwowania prawa innego niż legalnie stanowione, gdyby państwo zawsze stało za praworządnymi obywatelami i lokalną tradycją. Oznaczałoby to jednak też wskazanie tych wartości kultury islamskiej, z których migranci muszą, jeśli chcą tu zamieszkać, zrezygnować, gdyż są nie do pogodzenia z kulturą gospodarzy. Takie postawienie sprawy oznaczałoby jednocześnie koniec ideologii multikulturalizmu.

Migranci nie stanowią realnego zagrożenia dla cywilizacji europejskiej. Realne zagrożenie stanowi panująca w jej elitach ideologia, która czyni ją bezbronną wobec każdej mniejszości, dowodzi słabości i wręcz zniechęca imigrantów do asymilacji.

(1014)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 7.8/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +4 (from 4 votes)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Kilka uwag o synodzie nt. rodziny

W sobotę wystąpiłem w audycji „Prosto z poznania” (to mój radiowy debiut) na temat ostatniego synodu poświęconego rodzinie. Audycja jest do wysłuchania na stronie rozgłośni radia „Merkury”. W tym miejscu chciałbym kilka rzeczy uporządkować i dopowiedzieć.

Stawiam mianowicie tezę, że synod został od początku pomyślany i zwołany aby rozwiązać kwestię praktyczną: dopuszczenia rozwodników żyjących w nowych związkach do komunii.  Dotychczasowe tradycyjne stanowisko Kościoła opierało się na słowach Jezusa, które faktycznie trudno interpretować inaczej: Mk 10,11-12 i Łk 16,18 „Powiedział im: Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”. W późniejszej redakcji Mateusza dodano wprawdzie wyjątek („Ktokolwiek by odprawił żonę swoją, z wyjątkiem przyczyny wszeteczeństwa, i poślubił inną, cudzołoży”), wykorzystywany zresztą przez niektóre denominacje protestanckie jako uzasadnienie rozwodu w przypadku zdrady. Nauczanie Kościoła nie uwzględniło tego wyjątku, więc jest dość jednoznaczne. Jedynie „białe” małżeństwa mogą liczyć na wyrozumiałość (podobnie jak „białe” związki homoseksualne, choć naturalnie nie uznawane za małżeństwa).

Twierdzę, że inicjatorom udało się w pełni osiągnąć zamierzony cel, a to dzięki zastosowaniu klasycznej techniki negocjacyjnej, zwanej przez psychologów społecznych „drzwiami w twarz”. Polega ona na tym, że chcąc od kogoś skąpego pożyczyć 100 zł prosimy go najpierw o 1000 zł i dopiero, kiedy zakłopotany odmawia, przedstawiamy naszą właściwą prośbę. Dlatego też synod (co samo w sobie było dość dziwne) podzielono na dwie sesje (synod nadzwyczajny z 2014 r. i zwyczajny z 2015 r.), by w pierwszej sesji odpowiednio podgrzać atmosferę przez radykalne sformułowania i ich przecieki do mediów. Burza rozpoczęła się zresztą już wcześniej, gdy zaczęły napływać, zwłaszcza z Niemiec, odpowiedzi na przedsynodalną ankietę (najgłośniejsza wybuchła po upublicznieniu sprawozdania niemieckiej Konferencji Wyższych Przełożonych Zakonnych w marcu 2014).

Konserwatywnym biskupom strach zajrzał w oczy, już zaczęli sobie wyobrażać nie tylko komunię dla rozwodników ale i „otwarcie na homoseksualistów”, zwłaszcza, że jak pokazały głosowania, zyskiwały one całkiem spore poparcie: kontrowersyjne punkty o dopuszczeniu rozwodników  żyjących w nowych związkach do komunii zyskały 104 głosów za a tylko 74 przeciw (wymagana jest większość 2/3), zaś za dostrzeżeniem wartości w związkach homoseksualnych głosowało aż 118 przeciw 62. Druga sesja toczyła się już w znacznie spokojniejszej atmosferze. Właśnie dlatego, że pierwsza spełniła swoje zadanie: oswoiła ze skrajnymi stanowiskami (no i pozwoliła „policzyć szable”).

Strategia ta spełniła swoje zadanie, bowiem od początku – moim zdaniem – nie chodziło o to, by wprowadzić zmiany w kościelnej doktrynie, ale zmiany w kościelnej praktyce. Jest to strategia stosowana zresztą od dłuższego czasu przez zwolenników reform Kościoła, czego klasycznym przykładem jest tzw. „duch Soboru”. Sobór Watykański II wprowadził pewne istotne otwarcie na kilku kierunkach, weźmy dwa przykłady: w dokumencie Dignitatis humanae uznał, że w innych religiach mogą też znajdować się pewne pozytywne wartości, „ziarna prawdy” (widać tam stopniowanie, od innych Kościołów chrześcijańskich, przez inne religie monoteistyczne aż do „wszystkich ludzi dobrej woli”), tymczasem posoborowa praktyka poszła znacznie dalej, właściwie do zrównania religii. Skoro papież całuje Koran a inni modlą się w meczecie zwróceni w kierunku Mekki, to trudno to inaczej interpretować. Podobnie reforma liturgiczna, która formalnie dopuściła stosowanie języków narodowych w pewnych częściach mszy, w praktyce wyeliminowała łacinę i całkowicie zmieniła dramaturgię tego rytuału: o ile dawniej była to ofiara, którą kapłan składa w imieniu stojących za nim wiernych, to obecnie jest to uczta eucharystyczna, w której wszyscy spotykają się wokół stołu.

Podobnie, jak przewiduję, rzecz będzie się miała z adhortacją, która powstanie po obecnym synodzie (sam synod nie otrzymał uprawnień „decydyzjnych” a ma jedynie głos doradczy, przygotowuje „materiały” dla papieża do napisania adhortacji. Formalnie nic się nie zmienia, jednak dzięki wprowadzeniu niezwykle niejasnych i wieloznacznych sformułowań praktyka zmieni się zasadniczo (przynajniej w niektórych krajach, w Polsce zapewne z kilkunastoletnim opóźnieniem, o ile „coś” się nie wydarzy).

Spodziewam się pojawienia głosów zrzucających winę na „spisek kardynałów”, którzy podstępnie podsunęli papieżowi tak niebezpieczne sformułowania. Moim zdaniem rozumowanie to jest błędne, twierdzę, że za zmianą od początku stał sam papież. Opieram to na następujących przesłankach:

Po pierwsze, to papież wyznaczył do rady synodu przynajmniej kilku radykalnych zwolenników zmiany. Gdyby był przekonany o niezmienności nauczania Kościoła w tym punkcie, to prędzej by ich odesłał na rozmowę do Kongregacji Nauki Wiary niż powierzył ważne funkcje na synodzie.

Po drugie, swymi wypowiedziami „okołosynodalnymi” wyraźnie przygotowywał grunt. Weźmy fragment przemówienia Franciszka na otwarcie synodu (4-5X), a zwłaszcza na przywołane tam cytaty z NT:

„Kościół naucza i broni podstawowych wartości, nie zapominając, że „szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2,27) ; i że Jezus powiedział także: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mk 2,17). Pamiętam słowa św. Jana Pawła II: „Błąd i zło trzeba zawsze potępiać i zwalczać; ale człowieka, który upada lub błądzi, trzeba zrozumieć i miłować […] Powinniśmy miłować nasz czas i pomagać człowiekowi naszych czasów”

Na otwarcie pierwszej sesji synodu mówił:

„Odwaga apostolska nie daje się zastraszyć ani w obliczu pokus świata, które usiłują zgasić w sercach ludzi światło prawdy, by zastąpić je małymi, tymczasowymi światełkami, ani też w obliczu zatwardziałości niektórych serc, które pomimo dobrych intencji oddalają ludzi od Boga”.

Ostatni fragment niewątpliwie skierowany był do konserwatystów, dla których szabat jest ważniejszy niż człowiek.

Po trzecie, trzeba uwzględnić jakie są faktyczne poglądy papieża na ten temat. Sam wypowiadał się wyjątkowo powściągliwie i każdy tłumaczył to na swoją modłę. W pewnym momencie kard. Walter Kasper miał jednak twierdzić, że jego (dość radykalnie „reformatorskie” poglądy) mają pełne poparcie papieża. Potem wprawdzie się z tego wycofał, jednak lektura (niestety tylko recenzji S. Cenckiewicza, z samą książką jeszcze się nie zapoznałem) biografii papieża Austena Ivereicha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” każe mi przyjąć, że to za pierwszym razem Kasper mówił prawdę. Biograf zwraca uwagę na to, że już jako arcybiskup Buenos Aires Bergoglio ku zaniepokojeniu Watykanu nie zajął jednoznacznego (ortodoksyjnego) stanowiska w momencie, gdy stanęła kwestia legalizacji związków jednopłciowych w Argentynie. W latach 90. uczestniczył natomiast w poufnych seminariach w Sankt Gallen organizowanych przez radykalnego zwolennika reform kard. Carlo Martiniego w których uczestniczyło wielu „kasperian” z samym Walterem Kasperem na czele (ale też kard. Godfried Danneels, Karl Lehmanem, Murphy-O'Connor, którzy znani są z bardzo liberalnych poglądów m.in. na temat związków homoseksualnych). To ta grupa miała forsować Bergoglia na papieża już na konklawe w 2005 r. Zapewne nadawał się jako kandydat szczególnie dlatego, że nie dał się jeszcze publicznie poznać z radykalnych poglądów.

Dlaczego jednak, mając papieża i przynajmniej arytmetyczną większość nie zmieni się nauczania wprost zamiast uciekać się do tego rodzaju dwuznacznych półśrodków? Sprawa nie jest taka prosta, na przeszkodzie stają nieubłagane „prawa” ewolucji organizacji religijnej (piszę o nich w MER w rozdziale 6). Dotychczasowe nauczanie Kościoła jest względnie spójną całością, rozwijaną przez wieki, opartą na nauczaniu poprzedników i tekstach fundamentalnych. Kościół katolicki, na dziś dzień, wyróżnia się od innych m.in. właśnie tym, że od wieków przyjął taką a nie inną interpretację. Jej nagła zmiana niewątpliwie uderzyłaby w wiarygodność głoszonej doktryny. Mniejsza już o to, co by o tym pomyśleli wierni (o tym niżej), ale kapłani nauczeni i uczący o niezmiennej i „pochodzącej od Zbawiciela” doktrynie o nierozerwalności małżeństwa, dowiedziawszy się, iż nie jest ona tak znowuż niezmienna, mogliby powziąć wątpliwości również, co do innych elementów układanki jaką jest nauczanie Krk.

Każda organizacja religijna musi pilnować własnego systemu dogmatycznego, troszczyć się o jego spójność a zatem o własną tożsamość. Musi jednocześnie tak regulować własne kontakty z otoczeniem społecznym (przede wszystkim własną niszą), aby czerpać z niego wystarczające środki do egzystencji. Te dwa wymogi stoją w istocie za „konserwatystami” i „reformatorami”.

Reformatorzy wychodzą z założenia, że wobec pustoszejących kościołów w Europie wydaje się, że jakaś forma „adaptacji” jest konieczna, aby utrzymać stan posiadania. Konserwatyści obawiają się zatraty własnej tożsamości.

Czy strategia na liberalizację dyscypliny może przynieść zamierzone efekty? Sprawa jest niezwykle trudna do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Przeciwnicy tego kursu wskazują na stopniowy upadek mainstreamowych i liberalnych kościołów protestanckich, które sekularyzacja dotyka znacznie mocniej niż Krk. Wskazują, że najdynamiczniej rozwijają się denominacje najbardziej radykalne, wręcz fundamentalistyczne. To prawda, jednak trzeba zauważyć, że te radykalne Kościoły od początku miały inną strategię przetrwania, opierającą się na intensywności zaangażowania (mówiąc językiem mojej wersji ekologii społecznej: na zwartej i zaangażowanej niszy podtrzymującej w zasadzie pokrywającej się z niszą reprodukcyjną), zbliżają się zatem do socjologicznego typu idealnego „sekty” (Weber). Ich nisza fundamentalna (potencjalni członkowie) jest zatem dużo mniejsza niż uniwersalistycznie nastawione „kościoły” opierające się na szerokich niszach podtrzymujących.

Jakie będą skutki liberalizacji? Trudno to przewidzieć, gdyż kluczowa tutaj jest forma, w jakiej się ta (i zapewne kolejne) reformy dokona. Gdy reformatorzy z entuzjazmem rozkrzyczą swoje zwycięstwo i zaczną praktykować ostentacyjnie (o ile już tego nie robią) „nowe formy duszpasterstwa”, o ile nie doprowadzi to do kolejnej schizmy (jak wspomniane wyżej reformy soborowe doprowadziły do powstania lefebrystów), to można przewidywać utrzymanie a przynajmniej spowolnienie erozji niszy podtrzymującej. Kosztem tego będzie jednak erozja niszy reprodukcyjnej, co przejawi się w dalszym spadku powołań kapłańskich.

Czy jest inne wyjście? W MER zwracam uwagę na inne strategie przetrwania w niezmienionym kształcie. Jedną z nich jest „podążanie za niszą” (277n). Innymi słowy należy się pogodzić z faktem, że Kościół w Europie zamiera, że skazany jest na funkcjonowanie jako bardziej zaangażowana mniejszość religijna. Jednocześnie i dzięki temu (wyrazistszej tożsamości) może rozrastać się i skutecznie konkurować z innymi religiami na innych kontynentach (zwłaszcza w Afryce i Azji, które w niedalekiej przyszłości skupiać będą większość katolików). Wydaje się, że zwolennikiem takiej strategii był poprzedni papież, Benedykt XVI, który jeszcze jako kardynał w swej książce „Sól ziemi” stwierdzał, że trzeba się na taką sytuację przygotować (s. 191).

Powyżej przedstawiłem przesłanki mojego rozumowania. Oczywiście jestem otwarty na ich krytykę (nie jestm watykanistą, a to, co się dzieje w Kościele, obserwuję nieco "jednym okiem").

 

Źródła cytatów:

wypowiedzi papieża

Na otwarcie synodu

Na otwarcie pierwszej sesji

 

Kluczowe paragrafy dokumentu końcowego synodu

Odwołuję się też do recenzji książki Austena Ivereigha „Prorok. Biografia Franciszka, papieża radykalnego” pióra Sławomira Cenckiewicza

Wypowiedź Waltera Kaspera

Deklaracja niemieckich zakonników i zakonnic

Po synodowa deklaracja Bp Coudray: W sprawie rozwodników drzwi zostały otwarte, będą kolejne decyzje

(60)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 4.5/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Recenzja i odpowiedź

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 28 marca 2015
Comments: No Comments
Tags: No Tags
Categories: Publikacje

Czytelników mojej ostatniej ksiażki informuję, że ukazała się jej recenzja pióra prof. Jacka Tittenbruna.

Co na jej temat myślę, można przeczytać w mojej odpowiedzi w serwisie academia.edu. Tekst ten wysłałem też do redakcji "Folia sociologica", zobaczymy, czy opublikują (jest dość… hmmm… 'mocny').

(367)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 3 votes)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Sloterdijka Gorliwość Boga

Sloterdijk_gorliwosc_bogaSloterdijk Peter, Gorliwość Boga. O walce trzech monoteizmów, wyd. Aletheia, 2013; przeł. Bogdan Baran,

Od pierwszych swoich publikacji (w zasadzie chodzi o drugą książkę, bo wcześniejszych artykułów na ten temat przywoływać wstyd) zwalczam bałamutną tezę, że wszystkie religie są równe. Teza ta wynika wyłącznie z lęku przed narażeniem się ludziom różnych religii oraz ze świadomości, że nauka jest równie niekompetentna w ocenianiu treści wierzeń religijnych pod kątem ich prawdziwości (rzeczywistości nadprzyrodzonej nie można zbadać narzędziami przeznaczonymi do badania rzeczywistości przyrodzonej, na tym wszak polega różnica między nimi). Religie same jednak, choć zajmują się rzeczywistością nadprzyrodzoną przynależą do tego świata i w tym świecie działają, zostawiając swe wzniosłe lub krwawe ślady. Można więc na gruncie socjologii oceniać ich wpływ na społeczeństwa i jednostki ludzkie (naturalnie po, jak podkreślał Weber, określeniu kryteriów tej oceny).  Dlatego też książkę Gorliwość Boga. O walce trzech monoteizmów  niemieckiego filozofa Petera Sloterdijka czytałem z wielką przyjemnością. Pozwala on bowiem pójść krok dalej poza prostym “po owocach poznaje się drzewo”, dowodzi mianowicie, że pewne istotne społecznie właściwości religii wynikają już z podstawowej logiki, na której oparta jest ich dogmatyka, a zatem: "pokaż mi korzenie, a powiem ci, jakie będą owoce". 

Autor jest filozofem i teoretykiem kultury. Pozostaje pod wyraźnym wpływem Nietzschego, choć moim zdaniem nie osiąga (przynajmniej w tej książce) głębi i „gęstości” myśli swego mistrza. Ot, Nietszche dla współczesnego czytelnika (nie jest to komplement).

Wykład stanowiący zawartość tej książki wygłoszony został w związku z otwarciem galerii Artneuland W Berlinie (20 listopada 2006), mającej wspierać świecki trialog Arabów, Izraelitów i Europejczyków.

Zaiste, jeśli wśród słuchaczy zdarzył się ktoś, kto miał na myśli jakiś inny niż świecki dialog, a zwłaszcza lansowany od ostatniego soboru „dialog międzyreligijny”, nietęgą musiał mieć minę. Na pewno udało się autorowi zjednoczyć reprezentantów trzech religii monoteistycznych w solidarnej nienawiści do niego.

Różnego rodzaju obrońcy chrześcijaństwa w pierwszych zdaniach podnoszą, iż obecnie bardzo modne jest krytykować tę formę monoteizmu, gdyż nic za to nie grozi, a nawet działalność taka może przysporzyć popularności, ale niechby kto spróbował krytykować islam, albo judaizm – tak, to byłaby dopiero odwaga cywilna. Z tego punktu widzenia odwagi cywilnej autorowi odmówić nie można, zarzutami dość sprawiedliwie obdziela wszystkie trzy religie, a nawet – i to już rzadkość zupełna – także czwartą formę monoteizmu, o czym niżej.

Nie nawykłem do czytania filozofii współczesnej, więc skłonny jestem winę za fakt, że niektóre fragmenty brzmią dla mnie jak postmodernistyczny bełkot, brać na siebie i swoje niedouczenie. Przede wszystkim dlatego, że zasadniczo ciąg rozumowania jest systematyczny i klarowny. Większych błędów faktograficznych nie stwierdzono, upodobanie autora do abstrakcyjnych schematów kombinatorycznych (zwłaszcza dość jałowy rozdział III czy IV) można wybaczyć. Zasadniczy cel książki, czyli uchwycenie konsekwencji przyjęcia monoteistycznego światopoglądu, wydaje mi się osiągnięty przez autora w sposób przekonujący.

Cenne jest podważenie wielu zdroworozsądkowych przesądów teologicznych, jak na przykład tego, zgodnie z którym judaizm, chrześcijaństwo i islam czciły w istocie tego samego Boga. Autor po imieniu nazywa dość swobodny stosunek religii monoteistycznych do swoich poprzedników pisząc np.

„Zaistniała wtedy potrzeba wprowadzenia jakiegoś poczciwego ojca, który choć trochę pasowałby do tego zdumiewającego syna. Chrześcijańska modyfikacja Boga miała oczywiście bardzo niewiele wspólnego z Jahwe z pism żydowskich” (37).

Podobne zawłaszczenie wcześniejszej tradycji dokonało się na polu obrzędu. Sloterdijk pisze:

Największe jednak zwycięstwo nowa religia odniosła na polu obrzędu. Dokonała tego dzięki przemianie żydowskiego święta Paschy w chrześcijańską komunię – pirackie działanie, które trzeba pojmować jako najbardziej brzemienny w skutki historyczny przykład ‘refunkcjonalizacji’ w sensie twórcy teatralnego Brechta (51)

chrześcijaństwo weszło w posiadanie jednoznacznego obrzędu maksymalnego stresu (51)

Inspirujące wydaje się powiązanie monoteizmów z pustynią, jako środowiskiem wrogim i opozycyjnym miastu – tradycyjnemu królestwu politeizmów. O islamie: "Bóg jest przedłużonym do nieba nomadą, który wspomina swoje wydmy” (67). Może dlatego Europa, gdy jej dać monoteizm, jak chrześcijaństwo, “popsuje” go, tak,  że stał się częściowo politeistycznym w gruncie rzeczy przedsoborowym rzymskim katolicyzmem z zastępem świętych, kręgami aniołów i symetrycznie diabłów. Może jedną z przyczyn stopniowego upadku Kościoła w Europie jest jego powrót do Jerozolimskiej cywilizacji pustyni (dehellenizacja)?  Ciekawe, czy taka sztuczka (repoliteizacja monoteizmu) mogła by się udać z islamem… 

Dla każdego prawdziwego zeloty jest oczywiste, że ludzie na początku, jeśli im nie przeszkodzić to i przez resztę życia mogą być tylko poganami – anima naturaliter pagana. Potrafią doprowadzić tylko do wspaniałych występków, jeśli nie zderzą się z “prawdziwym Bogiem” i jego niewygodnymi posłańcami. Dlatego nie można zostawić ich w spokoju i należy gdzie się da zwalczać ich nawyki. Ponieważ zaś przedmonoteistyczne nawyki są zawsze jakoś złymi nawykami, na porządku dziennym po monoteistycznej cenzurze stoi reedukacja rodzaju ludzkiego. Obowiązuje sentencja “Bowiem karci Pan, kogo miłuje” (Prz 3,12 i Hbr 12,6). Jeszcze Hegel nazywa to “wyższym stanowiskiem”, że “człowiek jest z natury zły – jest on zły dlatego, że jest czymś naturalnym”. Bez zagrożenia karą ze strony prawa, w innych kontekstach zwanego “porządkiem symbolicznym”, człowiek nie stanie się, w przekonaniu jego monoteistycznych gnębicieli, takim, jakim powinien się stać. Prekursorskie powiedzenie Robespierre’a “kto drży, jest winien” płynie jeszcze całkowicie z ducha tej wzniosłej pedagogiki”. (187)

Autor stara się – tam gdzie to możliwe – wystrzegać taniego psychologizmu i wskazywać, że u źródeł różnych właściwości omawianych religii tkwią przyjęte rozwiązania logiczne. Chwilami jednak sięga do Nietzscheańskiego pojęcia resentymentu, jak gdy omawia przyczyny przekształcenia się chrześcijaństwa z religii miłości w religię lęku.

“Gorliwa bojowość wczesnych chrześcijan już wcześnie i gwałtownie zderza się z faktem, że garstka wiernych w nieunikniony sposób stoi wobec przeważającej większości ludzi, dla których wiara nowego wyznania nic nie znaczy. Gorliwi mszczą się za to, gdy wierzących inaczej określają mianem niewiernych (…). Dlatego od pierwszych dni wieść o zbawieniu otacza się eskortą gróźb, które nieprzekonanym stawiają przed oczy rzeczy najgorsze (…) Już więc w pismach apostoła narodów [1Kor13,1; 2Tes1,8-9] głosi się miłość, która w razie nieodwzajemnienia przeradza się w żądną eksterminacji złośliwą satysfakcję” (86)

Szczególnie posępną postacią w historii chrześcijaństwa jest w ujęciu Sloterdijka Augustyn, wynalazca metafizyki predestynacji, która "jawi się jako najbardziej bezdenny system straszenia, jaki znają dzieje religii” (88). W konsekwencji

Ponieważ metafizyczna groza nieuchronnie przekłada się na psychiczną, a ostatecznie także na fizyczną, Augustiańska bezlitosna teoria łaski sprawiła, że bilans okrucieństwa dla świata schrystianizowanego przez Ewangelię wypadł wyższy, zamiast sie obniżyć. W tym sensie krytycy chrześcijaństwa trafiają we wrażliwy punkt, gdy twierdzą, że często samo wzniecało ono zło, od którego potem obiecywało uwolnić (91)

Do sumy owych okrucieństw autor nie dolicza jednak krucjat, które jego zdaniem były uprawnionym ruchem obronnym przed ekspansją militarystycznego islamu.

Warto na koniec dodać, że podtytuł książki jest mylący. W istocie jest w niej bowiem mowa o czterech, a nie trzech monoteizmach. Tym czwartym jest świecki "monoteizm człowieka", który wprawdzie przedstawia siebie w opozycji do jakichkolwiek religii, to jednak dzieli z niektórymi z nich, właśnie monoteistycznymi, szereg najbardziej posępnych właściwości. Analizowanie jakobinizmu czy komunizmu jako religii nie jest niczym nowym, starczy odpowiednio rozszerzyć definicję religii by objąć nią dowolne ruchy zbiorowe (definicja Durkheima nadaje się do tego doskonale), jednak dla Sloterdijka przyczyną, dla których ideologie te mają na sumieniu blisko sto milionów ofiar nie jest to, że przypominały one religie. Przypominały one religie, gdyż opierały się na tej samej monoteistycznej logice, która generuje gorliwość, fanatyzm, absolutyzm moralny.

Nie bez powodu przedstawiciele protestantyzmu i katolicyzmu spierają się teraz o tantiemy od praw człowieka. Najdobitniej rysują się ciągłości, gdy przyjrzeć się przejęciu monoteistycznych modeli chrześcijańskiego typu przez zwolenników świeckiej nowoczesności. Dotyczy to zwłaszcza jakobińskiego fanatyzmu Kościoła ludzkości. Także bojowość leninowskich zawodowych rewolucjonistów, a nawet furia czerwonogwardzistów w Chinach Mao Zedonga zawierają elementy kontynuacji chrześcijańskiego uniwersalizmu niechrześcijańskimi środkami. Można je w pełni pojąć tylko jako zdziczałe naśladownictwo apostolskiego modus vivendi. Jakkolwiek niewiarygodnie to brzmi, także chińscy studenci, którzy upokarzali swoich profesorów, chłostali ich i mordowali, uważali się za działających w roli ambasadorów dobra i emisariuszy ogółu. Gdyby było inaczej, nie uległaby maoistycznej kolektywistycznej psychozie część zachodnioeuropejskiej inteligencji lat 60. i 70. XX wieku – nadal jeszcze jeden z najmroczniejszych rozdziałów nowej historii ducha. Przedstawiciele tych kręgów usłyszeli w chińskich ekscesach melodię hymnu wyzwolonego egalitaryzmu, która w Europie rozbrzmiała po raz pierwszy w okresie terroru jakobińskiego i którą potem śpiewano do najróżniejszych tekstów” (97).

Monoteizm oświecony także ma swoje dogmaty: 

“nadał dogmatyczną moc niektórym uniwersalistycznym artykułom wiary. Należały do nich obowiązująca a priori jedność gatunku, niezbywalność państwa prawa, powołanie człowieka do panowania nad przyrodą, solidarność z poszkodowanymi przez los i wykluczenie doboru naturalnego wśród Homo sapiens. “Oświecenie” jest tylko popularną nazwą nieustającego literackiego soboru, podczas którego artykuły te są dyskutowane, uchwalane i bronione przed heretykami” (189)

Strukturę owej monoteistycznej logiki omawia Sloterdijk obszernie w rozdziale piątym, ukazującym także inne niż czysto teologiczna formy absolutyzmu, prowadzące do "Boga filozofów",  rozumianego odpowiednio jako najwyższy byt lub najwyższy intelekt.

Ale jedno, czy dwuwartościowa logika monoteistyczna, skazująca wszystkich na wybór typu albo-albo, okazuje się być nie do zniesienia.  Również dla samych monoteizmów, które wymyślają w rezultacie kategorie łagodzące napięcie (jak katolicki czyściec między niebem a piekłem czy muzułmańska dimmi). Logika trójwartościowa jednak, to połowiczne rozwiązanie, stąd powrót do wielowartościowości, jakim był włoski Renesans sięgający w nauce i sztuce do dziedzictwa politeistycznych Greków i Rzymian. Renesans, jak wiadomo,  nie sięgnął jednak do faktycznego korzenia jakim dla każdej cywilizacji jest religia. Autorowi także pomysł wznowienia kultu dawnych bogów jawi się jako nierealny (czyżby był przekonany, że ludzie, społeczeństwa zachodnie nie potrzebują religii? ). Zamiast tego proponuje nowy Renesans sięgający jeszcze dalej w przeszłość, do kultury, gdzie nieubłagany konflikt między monoteizmem a politeizmem ujawnił się po raz pierwszy: do Egiptu. Na czym jednak miałby polegać? To chyba materiał na inną książkę.

 

 

 

(594)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia

Mechanizmy zamurowane

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 2 października 2014
Comments: 19 Comments
Tags:
Categories: Publikacje

Z przyjemnością informuję, że moja najnowsza (2013) książka, Mechanizmy ewolucji religii została właśnie zAMURowana, czyli udostępniona na platformie AMUR. Można ją pobrać pod adresem http://hdl.handle.net/10593/11373

Zapraszam do lektury!

kaczmarek1

Przy okazji: niektóre moje książki ukazały się także na platformie Otwórz książkę.

OK banner_logo

HS

 

(1135)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)
Spread the love
  • 2
    Udostępnienia
«page 1 of 5

Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube

Welcome , today is wtorek, 16 października 2018