Na co ludzie zmieniają koscioły?

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 12 stycznia 2009
Comments: No Comments
Tags:
Categories: Obserwacje, komentarze

Pani Joanna Sopyło z serwisu wiadomosci24.pl zadała mi nastepujące pytania – Dlaczego, gdy do danej parafii przestają chodzić wierni, ludzie decydują się na zamienienie kościołów na placówki użyteczności publicznej, a nie np. po prostu ich zamknięcie? – Czy w Polsce również takie sytuacje są prawdopodobne? – Jak Pan ocenia wspomniane przeze mnie zjawisko? Odpowiedziałem następująco, ale ciekaw jestem też opinii innych: Trudno mówić o zamianie kościoła w placówkę użyteczności publicznej, wszak kościół jest właśnie placówką użyteczności publicznej. Powstał za pieniądze, a często też dzięki bezpośredniej pracy członków parafii, czasem ich przodków, nawet jeśli inicjatywa należała do duszpasterzy. Nic dziwnego zatem, jeśli członkowie społeczności wolą, aby budynek nadal im służył, nawet jeśli w innej funkcji, niż stał zamknięty i niszczał. W gruncie rzeczy zmienia się więc jedynie jego funkcja. To, jaką w rezultacie otrzymuje wiele mówi natomiast o zmianie zaszłej w samej społeczności, w jej hierarchii wartości. Aby nastąpiła desakralizacja budynku, wcześniej musiała nastąpić desakralizacja świadomości. Z całą pewnością religia przestała być czymś przeżywanym zbiorowo, co zwykle poprzedza generalny zanik wrażliwości tego typu. Charakterystyczne, że protest społeczności lokalnej w Żarach wobec zamieszczenia na wieży kościoła stacji przekaźnikowej telefonii komórkowych uzasadniany był względami zdrowotnymi, a nie religijnymi. Z drugiej strony, fakt, że kościoły zostają często zamienione w obiekty komercyjne jest również konsekwencją zmiany świadomości samej hierarchii kościelnej w krajach, w których ma to miejsce. Decyzja sprzedaży kościoła wynika zwykle z trudnej sytuacji ekonomicznej wspólnoty, które to okoliczności wymuszają na duchownych przyjęcie bardziej ekonomicznego stylu myślenia. Pewien czeski kapłan tak uzasadnia otwarcie gospody na plebanii: ?No bo po co mi zabudowania gospodarcze na parafii? Daliśmy je na restaurację, niech te budynki zarabiają na siebie. Mam na utrzymaniu trzy kościoły w mieście i sześć we wsiach, nie będę żebrał, niech parafia będzie ekonomiczna.? (za Mariusz Szczygieł I jak się Państwu żyje bez Boga? Ateizm po czesku?). Wprawdzie zaraz następuje dodatkowa argumentacja, że otwarta przy kościele instytucja to przestrzeń ewangelizacji, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że to przestrzeń świecka zdobyła kolejny przyczółek w miejscu dawniej sakralnym. Sam fakt, że duchowni szukają ekonomicznych, a nie duszpasterskich rozwiązań, otwierając działalność gospodarczą, a nie ewangelizując, czasami nawet zatrudniając specjalistów od upadłości wskazuje, że chrześcijaństwo w tych krajach obumiera, a jego funkcjonariusze stają się tego świadomi i z tym pogodzeni. Z tego punktu widzenia Kościół polski wydaje się być w dość korzystnej sytuacji. Paradoksalnie o jego odporności na procesy sekularyzacyjne zadecydują te cechy, które powszechnie uważa się za wady religijności polskiej: jej powierzchowność, masowość, obrzędowość, faktyczne nieliczenie się z nauczaniem Kościoła. Polacy uczęszczają do kościoła i wierzą po swojemu, sama religia nie jest zaś dla nich czymś tak ważnym, by zerwanie z nią musiało nastąpić jako gwałtowny akt odrzucenia. Naturalnie, odporność oznacza tu jedynie spowolnienie, a nie zabezpieczenie. Obserwuje się powolny, ale stały spadek liczby uczęszczających do kościoła. Jeszcze istotniejsze są jednak zasadnicze zmiany religijności, które nie następują z roku na rok, ale z pokolenia na pokolenie. 

Polecam też gotowy artykuł

(318)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)

Geza Vermes, Twarze Jezusa

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 10 stycznia 2009
Comments: 1 Comment
Tags:
Categories: Notatki z lektur

Dotarła do mnie nowość wydawnictwa homini: Twarze Jezusa Gezy Vermesa. Kilka zdań o tej książce: Sądzę, że głównym adresatem tej książki są chrześcijanie, których dręczy pytanie: "a jak to było tak naprawdę". Autor ma pod tym względem szczególne kwalifikacje: jako Żyd i wybitny historyk okresu międzytestamentalnego ma uprzywilejowany dostęp do literatury nie tylko wczesnochrześcijańskiej, ale też judaistycznej. Jako były ksiądz natomiast zna chrześcijaństwo "od środka". Osoby badające jakąś religię od zewnątrz, nigdy się w nią nie angażując często popełniają pewien błąd: o ile potrafią dość poprawnie zrekonstruować poszczególne elementy, to gdy trzeba je potem poukładać w jakąś strukturę – określić co jest elementem centralny – często zawodzą. Widać to również w przypadku dialogu międzyreligijnego, gdy reprezentanci odmiennych religii kierowani dobrą wolą usiłują zgłębić poglądy konkurencji. Od tego błędu Vermes wydaje się być wolny, pomimo tego, że jako historyk odrzuca podstawowe roszczenie chrześcijaństwa. Chciałoby się powiedzieć: wie co robi. W zasadzie większość książki mogłaby się ukazać w katolickim czasopiśmie teologicznym pod jednym warunkiem: każdy rozdział oddzielnie. Autor prezentuje bowiem po prostu poglądy na temat Jezusa autorów Nowego Testamentu. Oczywiście to "po prostu" dla wielu mogłoby być problematyczne, ale sądzę, że z wnioskami zasadniczo większość egzegetów by się mogła zgodzić. Książka ta uderza jednak przede wszystkim jako całość, podważa bowiem podstawowe założenie chrześcijańskiej egzegezy: założenie o jedności Nowego Testamentu, a przynajmniej o uzgadnialności poszczególnych wersji w nim zawartych. Autor bez zbytnich emocji, z całą życzliwością, bez zbytniego pośpiechu wykazuje, że wizje Jezusa według Jana, Pawła, Dziejów Apostolskich i Synoptyków są do siebie zasadniczo nieprzystające. Zadaje zatem jednocześnie kłam łowcom sensacji dowodzącym, że Kościół sfałszował przesłanie, albo że cały Nowy testament został podyktowany przez św. Pawła (albo jego uczniów). Do fałszerstwa doszło, ale na poziomie interpretacji czy przekładu i najczęściej nie było ono konsekwencją złej woli, co raczej ignorancji. Tytuł nadawany Jezusowi w starszych wersjach "Syn Boży" wydaje sie harmonizować z wizją Logosu u Jana, ale tylko tak długo, dopóki nie zapytamy "co autorzy mieli na myśli" – a do odpowiedzi na to pytanie materiał znajdujemy w literaturze judaistycznej. Jest to, podobnie jak cała third quest wielki tryumf metody historyczno-porównawczej. Chciałoby się sparafrazować A. de Tocqueville'a, który powiedział: kto badał i widział tylko Francję, ten nigdy i nic, rzec się odważę, nie pojmie z Rewolucji Francuskiej, a my powiemy: ktoś kto badał tylko Jezusa ten nigdy i nic nie pojmie z jego życia. Autor w swojej prezentacji obrał kolejność, która jako zamierzenie wydaje się interesująca – kolejność nie tyle chronologiczną (do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni), ale według malejącego stopnia wyrafinowania teologicznego i bliskości do Jezusa historycznego (co – uwaga – wcale nie pokrywa się z odwróconą chronologią – Paweł jest wcześniejszy od Marka, ale jego myśl dalsza od historii) – tak jak archeolog stopniowo zdejmujący kolejne warstwy ziemi i mozolnie odsłaniający stanowisko. Ładunek jak na książkę sensacyjną. Autor jednak nie jest beletrystą i jego profesorskie podejście psuje często ten efekt. Choć z drugiej strony całość jest napisana w dyskursie dydaktycznym, a nie akademickim, niektóre przeskoki w rozumowaniu wydają się "nie być do końca bezdyskusyjne". Autor świadomie nie chce wchodzić w akademickie polemiki bazując zasadniczo na tym, co można (?) uznać za pewien konsensus badaczy. Najbardziej dyskusyjne wydaje się jego przyjmowanie za oczywiste poglądu, że Jezus nigdy nic nie miał świadomie wspólnego z polityką (ale to temat na kiedy indziej). Sądzę, że książka ta może być doskonałym wstępem do naukowo-krytycznego zainteresowania się powstaniem chrześcijaństwa. 

(459)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
page 1 of 1

Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube
Najczęściej czytane posty
  • No results available

Welcome , today is poniedziałek, 23 października 2017