Rola kobiet we wzroście chrześcijaństwa

by Kamil M. Kaczmarek
Published on: 3 czerwca 2010
Comments: No Comments
Tags: , ,
Categories: Stark: The Rise of Christianity

Ten post przeczytano już1504razy.

Wydaje się, że rozgłos ksiażce Starka przyniósł głównie rozdział dotyczący kobiet i demografii. Tezy w nim zawarte trafiły nawet to prasy codziennej (por. Dzieci dla Boga ). W rozdziale tym Stark buduje rozumowanie, którego jednak – moim zdaniem – nie wszystkie elementy wytrzymują próbę krytyki, co jednak nie podważa jego głównej tezy.
Pozycja kobiet
Ponownie mamy „ostrze” teorii socjologicznej zwrócone przeciw potocznym wyobrażeniom. Tym razem jednak są to wyobrażenia o chrześcijaństwie, jako religii patriarchalnej i seksistowskiej. Ponownie, Stark nie zapytuje jakie są podstawy tych wyobrażeń, ale wykazuje, że zgodnie z pewną teorią socjologiczną chrześcijaństwo nie powinno być seksistowskie, a zatem zapewne nie było. 
Punktem wyjścia jest zbiór powszechnie uznanych faktów: chrześcijaństwo u swych początków było religią przyciągającą znacznie więcej kobiet niż mężczyzn. U swych początków charakteryzowało się (zwłaszcza na tle kultury żydowskiej) większą na kobiety otwartością. Widzimy to już w ewangeliach, w których kobiety stale towarzyszą Jezusowi, a nawet bywają – jak w ew. Jana osobami godnymi dyskusji. Odgrywały one znaczącą rolę w gminach założonych przez Pawła, a i w drugim wieku Celsus dostrzega, iż to właśnie kobiety z zamożnych domów stanowiły główny cel zabiegów misjonarskich chrześcijan.

Stark rozróżnia tu pierwotną i wtórną konwersję. O ile kobiety zwykle nawracały się na chrześcijaństwo na drodze pierwszego z tych procesów – pod wpływem bezpośredniego przekazu ze strony ewangelizatorów, o tyle mężczyźni trafiali do gminy głównie na mocy konwersji typu wtórnego – pod wpływem własnej żony. Nie jest to wyjątkowe zjawisko w świecie religii – również duża część męskich konwersji na protestantyzm w Ameryce Łacińskiej ma – zdaniem Davida Martina – charakter konwersji wtórnych.

W przeciwieństwie do gmin chrześcijańskich, w otaczającym je świecie grecko-rzymskim liczebnie przeważali mężczyźni. Wiązało się to zdaniem Starka z moralnością ludzi antyku, którzy nie tylko zezwalali na dzieciobójstwo (jego ofiarami najczęściej były dziewczynki), ale również na aborcję, którą wiele matek przypłacało życiem.

 

W tym momencie Stark wprowadza wspomnianą teorię socjologiczną, a mianowicie pracę Marcii Guttentag i Paula Secord, którzy stwierdzili, że kobiety mają tym wyższą pozycję społeczną w danym społeczeństwie im jest ich liczebnie więcej. Nie znam tej pracy, ale szczerze mówiąc trochę dziwi mnie zarówno fakt, iż do wygłoszenia tak „głębokiej” tezy potrzeba było aż dwojga autorów, jak i nazywanie tej tezy „teorią”. Tego typu „teorie” i to nieźle uzasadnione i dużo ciekawsze czytelnik może znaleźć w zasadzie na każdej stronie Filozofii pieniądza Georga Simmla. Na pierwszy rzut oka wygląda to na niezbyt wiarygodną (gdyż za mało relacyjnie i dialektycznie ujętą) generalizację empiryczną, a nie żadną teorię – choć mogę się mylić, gdyż opieram się tu na relacji Starka. Jemu zaś teoria ta służy do dowiedzenia, że w istocie kobiety cieszyły się w chrześcijaństwie nie tylko przewagą liczebną, ale i wyższym statusem niż w otaczającym społeczeństwie. Aby to uzasadnić przytacza, chyba jednak dość selektywnie, szereg faktów odzwierciedlających niską pozycję społeczną kobiet w Imperium w przeciwieństwie do chrześcijaństwa, które nie tylko nie dopuszczało dzieciobójstwa ale też rozwodów. Wdowy były szanowane, a nie skłaniane do powtórnego zamęścia. Wszystko to dawało chrześcijankom większe poczucie małżeńskiego bezpieczeństwa. Również wiek wejścia w związki małżeńskie był znacząco wyższy w chrześcijańskich rodzinach, podczas gdy w pogańskich już trzynastolatka (a czasem nawet młodsza) uchodziła za zdolną do zawarcia legalnego związku.

 

Z tego Stark wywodzi jednak tezy dotyczące pozycji kobiet w samym Kościele wczesnochrześcijańskim (w pierwszych pięciu wiekach). W zasadzie jedynymi świadectwami, na które może się tu jednak powołać są egalitarne fragmenty z listów Pawła, jak również fakt, iż wiele kobiet osobiście wymienia w pozdrowieniach. Brak faktów zastępuje teorią Guttentag i Secord.
Moim zdaniem rozumowanie w tym punkcie szczególnie szwankuje. Czyżby Stark uważał, iż kobiety dlatego bardziej garnęły się do chrześcijaństwa, iż dawało im ono większą władzę i znaczenie? Robiono już z wczesnych chrześcijan rewolucyjny ruch komunistyczny, teraz okazuje się być ruchem feministycznym! Stark nie dostrzega jednak wewnętrznej ewolucji chrześcijaństwa w tym względzie. Niestety, pokutuje tu brak podstawowej wiedzy biblijnej. Gdyby ją posiadał, dostrzegłby, że sam Paweł był znacznie bardziej przychylny kobietom niż się wydaje, ale również, że dla jego uczniów okazało się to zasadniczym problemem, stąd poczuli się zmuszeni nie tylko nieco inaczej uporządkować te sprawy redagując list do Tymoteusza (który Stark przypisuje Pawłowi), jak również samemu Pawłowi przypisać nieco inne poglądy, wprowadzając do jego listu słynny passus „mulier tacet in ecclesia”. Z każdym następnym dziesięcioleciem, jak o tym świadczy litera drugiego i jeszcze bardziej trzeciego i czwartego wieku, znaczenie kobiet w Kościele było systematycznie ograniczane (pisze o tym Ewa Wipszycka w artykule Kościół a kobiety, w pracy Kościół w świecie późnego antyku). Gdy porównamy tę tendencję do krzywej wzrostu liczebnościowego chrześcijaństwa, to można by złośliwie bronić tezy przeciwnej do tezy Starka: im gorsza była sytuacja kobiet w Kościele, tym więcej ich garnęło się pod jego skrzydła. To oczywiście tylko żart.
 Moim zdaniem, to nie wyższa pozycja społeczna kobiet w Kościele przyciągała je do niego. Bliższa prawdy jest tu wspomniana wyżej Wipszycka, gdy podsumowuje swój rozdział stwierdzając:

Kobietom było łatwiej pójść drogą wskazaną przez chrześcijaństwo, cena, jaką im za to przychodziło zapłacić – przede wszystkim usunięcie się z życia zbiorowego, także okresowo upośledzenie prawne – była o wiele mniejsza niż ta, jaką płacili mężczyźni. Poszkodowane przez reguły życia zbiorowego, traktowane jako istoty z definicji gorsze, lepiej znosiły szok, jakiego wymagała konwersja. Czuły też silniej niż mężczyźni potrzebę nowej religii, potrzebę wiary w Boga, którego będą mogły kochać jak osobę bliską, pewne, że miłość ta zostanie im odwzajemniona. Ku nowemu Bogu łatwiej było się zbliżyć ludziom niezadowolonym z siebie i z miejsca jakie zajmowali w społeczeństwie, ludziom nie znajdującym naturalnej afirmacji w kręgu rodziny, miasta, imperium (298-299).

Innymi słowy, to nie charakter struktury społecznej Kościoła przyciągał do niego kobiety, ale matriarchalny charakter treści, jakie nowa religia z sobą niosła (por. mój tekst o religiach matriarchalnych ). 

Małżeństwa mieszane
Ale rozważania na temat pozycji kobiet są jedynie wstępem do postawienia bardziej zasadniczych tez. Jak wspomniałem, całość rozumowania utrzymuje się nawet, jeśli wyjmiemy z niego fragment oparty na teorii Guttentag i Secorda. Podstawą są bowiem fakty: przewaga liczebna kobiet nad mężczyznami, co prowadzi do konieczności (dla chcących zawrzeć małżeństwo) zawierania związków egzogamicznych, a to dawało szansę na wtórną konwersję męża. Takich mieszanych małżeństw było rzeczywiście wiele, a spoglądano na nie dość pobłażliwym okiem. Nie tylko nie dotyczyła ich chrześcijańska reguła nierozerwalności małżeństwa ale rzymski biskup Kalikst zezwolił im nawet na życie w konkubinacie, co jednak nie zostało podjęte przez innych liderów chrześcijaństwa. Zjawisko to zyskuje potwierdzenie również w gorących potępieniach płynących od bardziej radykalnych chrześcijan, jak Tertulian, który kobiety takie nazywał służebnicami diabła (113). Dla chrześcijańskich pasterzy uspakajające było to, iż małżeństwa takie rzadko prowadziły do porzucenia wiary przez żonę, częściej do konwersji męża na chrześcijaństwo. Wydaje się, że dzieje się tak zawsze, – jak zauważył Greeley – gdy małżonkowie różnią się stopniem religijności, mniej religijna strona przejmuje poglądy bardziej religijnej. 

Małżeństwo było tą instytucją, dzięki której chrześcijaństwo zachowywało charakter otwartej sieci, zdolnej wchłaniać nowe osoby.

 

Czynnik płodności
Najważniejszy chyba czynnik, na który Stark zwraca uwagę w omawianym rozdziale ma charakter demograficzny. Wychodzi mianowicie od sytuacji demograficznej Imperium Rzymskiego, która – jeśli chodzi o tendencję – nie była wesoła. Już August uznał za konieczne promowanie przez państwo małżeństwa i dzietności. Ale mimo wysiłku tego i innych cesarzy by np. uprzywilejowywać rodziny posiadające przynajmniej troje dzieci, sytuacja się nie poprawiała. Rzymianie stopniowo wymierali – od I do III w.n.e. miasta się kurczyły jeśli chodzi o populację i obszar. Dodatkowo ludność była zdziesiątkowana przez kolejne zarazy (o czym traktował poprzedni rozdział).
Jakie były źródła tej niskiej płodności obywateli Imperium? Zdaniem Starka źródło leży w „męskiej kulturze, która nie darzyła małżeństwo wielkim szacunkiem” (117). Do tego dochodzą powszechne jego zdaniem praktyki takie jak wspomniane dzieciobójstwo, aborcja, która ze względu na stosowane metody nie tylko pozbawiała dziecka, ale czasem też płodności, a nawet życia matki (była to jego zdaniem najczęstsza przyczyna śmierci kobiet). Stosowano też rozmaite środki antykoncepcyjne, jedne mniej, inne bardziej skuteczne, z niegenitalnymi formami współżycia włącznie.
Moim zdaniem Stark nie docenia jeszcze innego czynnika, który wzmiankuje jedynie, a który wydaje mi się kluczowy. Jak zauważył Vilfredo Pareto (por. Uczucia i działania, s.52-54) w większości społeczeństw płodność jest odwrotnie proporcjonalna do zajmowane pozycji społecznej. Elity zwykle mają mniej dzieci, niż klasy średnie, a te mniej, niż klasy niższe. Jest to biologicznie sensowne. Klasy niższe żyją w warunkach trudniejszych, stąd znajdują się pod większą presją czynników selekcyjnych. Gdyby klasy wyższe, które są w stanie zapewnić doskonałe warunki każdemu swemu potomkowi i doprowadzić do dojrzałości również dzieci słabowite i pozbawione wszelkich zdolności, rozmnażały się równie intensywnie, biologiczna jakość populacji znacząco by spadała. Problemem Rzymu nie było więc to, że klasy wyższe się nie rozmnażały, ale to, że klasy najniższe stanowili niewolnicy, którym rozmnażać się zasadniczo w ogóle nie było wolno. Ciąża ograniczała sprawność niewolnicy a okres opieki nad dzieckiem odbierał wiele czasu, stąd bardziej opłacało się kupić już dorosłego niewolnika, niż go wychowywać.
Inaczej przedstawiała się sytuacja chrześcijan, którzy potępiali rozwiązłość, uświęcali małżeństwo. Warto jednak dodać, że nad małżeństwo więcej ceniono dziewictwo. Sądzę, że istotniejsze jest potępienie stosunków pozamałżeńskich jak również praktyk aborcyjnych czy antykoncepcyjnych. W tym kontekście wydaje się, że pewna podejrzliwość (w przypadku ascetów przekształcająca się w jawną wrogość) w stosunku do spraw seksualności mogła wzmacniać jeszcze napięcie popędowe, które skanalizowane w formach związanych z prokreacją musiały faktycznie prowadzić do większej płodności.
 Niestety, nie ma żadnym mocnych danych potwierdzających to założenie, jedynie dane pośrednie – z wykopalisk, świadectw pisarzy i analizy porównawczej. Wnioski Starka są ostrożne, powiada, że wszystko, co można powiedzieć, to to, iż „wyższa płodność odpowiada za niebanalną część wzrostu chrześcijaństwa” (128).
 

(307)

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 0 (from 0 votes)
No Comments - Leave a comment

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


*



Ostatnie strony
Follow Me
FacebookGooglePlusTwitterYoutube
Najczęściej czytane posty
  • No results available

Close Print